
Historię pięknej dziewczyny o gołębim sercu, która w wyniku nieszczęśliwych kolei losu stała się służką swojej macochy oraz przyrodnich sióstr, jest zapewne znana większości czytelników oraz widzów. Kenneth Branagh adaptując tę historię na hollywoodzki ekran postanowił zmienić w niej tyle, ile wymaga obraz kinowy. Na szczęście zmiany te są kosmetyczne i raczej wprawiają akcję w ruch, niż wpływają na odbiór historii Kopciuszka. Dlatego, każdy kto pamięta "oryginalną" magiczną opowieść o biednej dziewczynie, szklanym pantofelku i karocy z dyni w stu procentach odnajdzie się na seansie. Kreacje aktorskie są rewelacyjne. Lily James w tytułowej roli jest urocza niczym troskliwy miś, słodki szczeniaczek i kot w butach razem wzięci. Cate Blanchett w roli macochy zadziwia, a towarzyszące jej aktorki wcielające się w role przyrodnich sióstr bawią. Jedynym rozczarowaniem okazał się dla mnie Richard Madden - genialny w swojej roli, ale jednak w moich oczach nieco do niej nie pasujący. Cała plejada mniej lub bardziej znanych gwiazd wcielających się w postaci drugoplanowe również zapada w pamięć. Bohaterowie są charakterystyczni, różnorodni i bardzo baśniowi. Nie można też zapomnieć o ważnej roli małych domowych myszek.
Początkowy sceptycyzm wywołany wylewającą się z ekranu słodyczą, która może wydawać się infantylna szybko ustępuje dziecięcej radości. Bowiem Kopciuszek pomimo prostego przekazu, że wszyscy powinniśmy być dobrzy, łagodni i pełni współczucia, ukazuje także trudności z jakimi mogą zmagać się ludzie na każdym etapie swojego życia. Uczy też, że wiara jest jedną z najważniejszych cnót. A to krzepiące, bardzo niewinne i właśnie tego najbardziej brakuje w codziennym życiu...
Natomiast najbardziej urzekają w filmie kostiumy i scenografia. Magia kolorów pojawiająca się co chwilę na ekranie hipnotyzuje widzów. Baśń nie została oszpecona współczesnymi akcentami i jako całość została zachowana w konwencji animacji sprzed lat. Branagh jest wyjątkowo łagodny i szablonowy (choć pisząc to, mam na myśli dobry kontekst). Nie odwołuje się do wersji braci Grimm, tym samym unika baśniowej makabry w niej zawartej. Bardzo ciekawe jest także ukazanie sposobu, w jaki okoliczności wpływają na ludzkie charaktery i losy. Wyraźnie uwidacznia się to w przypadku czarnych charakterów, które choć złe, wcale nie są całkiem jednoznaczne.
Historia Kopciuszka jest znana od wieków, a przerabiano ją wielokrotnie na przełomie lat przez różne społeczności. Branagh nie dodaje zbyt wiele do tej opowieści, ale udało mu się tchnąć w nią świeżość, która może spodobać się współczesnemu młodemu widzowi. Natomiast ja, nieco starsza miłośniczka kina, muszę przyznać, że udało mu się obudzić we mnie drzemiącą w środku od lat małą królewnę, która życzyłaby sobie aby na świecie panował pokój i miłość, a jednorożce przestały być gatunkiem "wyginiętym"...
Historia Kopciuszka jest znana od wieków, a przerabiano ją wielokrotnie na przełomie lat przez różne społeczności. Branagh nie dodaje zbyt wiele do tej opowieści, ale udało mu się tchnąć w nią świeżość, która może spodobać się współczesnemu młodemu widzowi. Natomiast ja, nieco starsza miłośniczka kina, muszę przyznać, że udało mu się obudzić we mnie drzemiącą w środku od lat małą królewnę, która życzyłaby sobie aby na świecie panował pokój i miłość, a jednorożce przestały być gatunkiem "wyginiętym"...
Recenzja została opublikowana na portalu RZECZGUSTU.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz