02 października 2013

Rhiannon Frater - Pierwsze dni


Przez wzgląd na moje nietypowe upodobania nie jestem chyba zbyt wiarygodna w kontekście oceniania literatury zombistycznej, którą wprost wielbię. Postaram się jednak wykazać ogromną dozą obiektywizmu, choć wygląda na to, że pierwsza z trzech części cyklu Zmierzch świata żywych pod tytułem Pierwsze dni broni się sama i wcale mojego obiektywizmu nie potrzebuje, skoro jednak powiedziało się A, trzeba też powiedzieć B.
 
Jenni nie zostało już nic. W momencie, gdy zobaczyła różowe paluszki swojego najmłodszego dziecka, próbujące wyskrobać przez drzwi drogę do wnętrza domu coś w niej pękło. W normalnych czasach mogłaby po prostu otworzyć drzwi i wpuścić dziecko do środka, w normalnych czasach jej dziecko spało by słodko w swoim łóżeczku, jednak to z całą pewnością nie są normalne czasy…

Katie ledwo udało się wyrwać z zakrwawionych rąk oprawcy, panika ogarnia miasto a kobieta wie, że nie ma już po co wracać do domu, gdyż nie czeka tam na nią nic prócz śmierci…

Drogi obu pań krzyżują się, a dzięki temu zdarzeniu każda z nich odkrywa w sobie cechy, o których istnieniu nie miała pojęcia. Wspólnie przemierzają Teksas opanowany przez żywe trupy i w końcu odnajdują w tym popieprzo**m świecie bezpieczną przystań. Jednak co jeśli opłacony krwią jego obrońców fort, dający schronienie ponad setce ocalonych, sprawia tylko takie pozory?

Hasło widniejące na ciekawej, choć nie powalającej, okładce określa powieść Rhiannon Frater, jako historię Thelmy i Louise w świecie The Walking Dead, cóż, o ile zombie ostatnimi czasy kojarzą się praktycznie tylko i wyłącznie z komiksowo-serialowym hitem, o tyle pierwsze porównanie odsyła pamięć czytelników do słynnego klasyka kinematografii i rzeczywiście można znaleźć pewne podobieństwa między bohaterkami lektury i filmu. Nie sposób zresztą nie zauważyć, że autorka czerpała garściami z obu wspomnianych wyżej tytułów.

Pozostając jednak w temacie głównych bohaterek, muszę przyznać, że z początku Jenni bywa niesamowicie drażniąca, choć to właśnie ona przechodzi, wraz z rozwojem akcji, największą metamorfozę. Wydaje się, że pojawienie się zombie oraz utrata praktycznie wszystkich członków rodziny stały się katalizatorem, który uwolnił wewnętrznego demona, który czaił się gdzieś w jej środku. Z Katie natomiast jest odwrotnie, wraz z kolejnymi wątkami, uchodzi z niej powietrze. Jednak ostatecznie, do obu tych bohaterek można zapałać sympatią. Cała rzesza postaci pobocznych stanowi ciekawe tło i ubarwia mrożące krew sytuacje, które raz za razem serwuje czytelnikom Frater.

Rzeczywiście czytając Pierwsze dni nie można się nudzić, i choć autorce daleko do umiejętności kreowania klimatycznych sytuacji, którymi wykazali się Jay Bonansinga i Robert Kirkman przy tworzeniu kolejnych powieści z uniwersum The Walking Dead, to jednak trzeba przyznać, że czytelnik uwielbiający zombie powinien być usatysfakcjonowany.

Rhiannon Frater to autorka debiutująca w dobrym stylu. Nie można jej zarzucić braku pomysłu na swą powieść, tak więc wszyscy twierdzący, że w powieści zombistycznej wszystko zostało już powiedziane powinni ugryźć się w języki, gdyż Pierwsze dni udowadniają, że ten temat nie został jeszcze wyczerpany. Książka jest godna polecenia, tak więc właśnie to czynię. Polecam, a sama spieszę zaopatrzyć się w kolejny tom Zmierzchu świata żywych.

Na plus:
- bohaterowie (i uroczy psiak Jack!)
- umiejętnie budowane napięcie
- ciągła akcja
- logiczne rozwiązania fabularne

Na minus:
- kilka momentów, w których trudno wyobrazić sobie przestrzeń opisywaną
- Jenni jako jedna z głównych bohaterek, jest dosyć irytująca (na początku)

Ocena: 5/6

Tytuł: Pierwsze dni
Autor: Rhiannon Frater
Cykl: Zmierzch świata żywych tom I
Wydawnictwo: Vesper 2013
Ilość stron: 352
Recenzja ukazała się na portalu KOSTNICA.