06 kwietnia 2012

Andrew Stanton - John Carter

Ostatni raz w kinie byłam tak dawno temu, że przestałam być na bieżąco z premierami. Tak więc, gdy pewnego dnia naszła mnie ochota aby zobaczyć film na srebrnym ekranie, absolutnie nie wiedziałam co wybrać. Zdecydowałam, na chybił trafił, że będzie to "John Carter" Andrew Stantona. Oczywiście seans w 3D, które moim zdaniem zabije kino... ale nie o tym chciałam. Wracając do filmu, o tym, że jest to adaptacja literatury, dowiedziałam się już po obejrzeniu. Jednak brak owej wiedzy wcale nie przeszkadzał mi w odbiorze tego dzieła.


John Carter to weteran wojny secesyjnej, owładnięty gorączką złota. Obłędnie poszukuje tajemniczej jaskini pająka, gdzie według jego teorii znajdzie źródło tego drogocennego kruszcu. Kiedy wreszcie udaje mu się do niej trafić, znajduje w niej coś zgoła innego i wskutek nieszczęśliwego obrotu wypadków trafia na tajemniczą planetę o nazwie Barsoom. Jednak nawet tak daleko od Ziemi nie odnajdzie spokoju, gdyż pech sprawia, że zostanie uwikłany w konflikt między różnorodnymi mieszkańcami planety. Z czasem okaże się, że być może jest on jedyną osobą zdolną do zaprowadzenia pokoju na tej obcej planecie.


Oglądając "Johna Cartera", nie sposób było uniknąć porównywania go do "Avatara", "Conana" i jeszcze paru innych filmów, warto jednak zwrócić uwagę na to, że to właśnie Carter jest dziadkiem wcześniej wymienionych dzieł kinematograficznych. Wszak bohater ten narodził się w XX wieku, kiedy to młody pisarz Edgar R. Burroughs wydał swoje fantastyczne powieści na temat Marsa. Pechowo dla Johna Cartera, że dopiero teraz jakiś reżyser wpadł na pomysł jego całkowitej adaptacji a nie tylko inspiracji dla swego dzieła.
Stanton to autor animacji ze studia Pixara, jednak okazało się, że jest też świetnym reżyserem, który potrafi uwieść widza, nie przesadzając przy tym ani z efektami specjalnymi ani z wybujałą formą swej opowieści. Tak więc, "John Carter" jest nakręcony w stylistyce retro, która idealnie pasuje do klimatu historii. Kostiumy, scenografia a poniekąd nawet sposób realizacji filmu oddaje ducha dawnych lat. Współczesność wkracza wielkimi krokami w momentach, gdy pojawiają się efekty specjalne. Trzeba przyznać, że są one świetnie wykonane. Nie męczą widza, nie są też osią całej opowieści. Ot, tworzą tylko genialne tło dla bohaterów i ich perypetii.


Byłam zachwycona postacią głównego bohatera, bynajmniej nie dlatego, że jest to przystojny mężczyzna, po prostu uważam, że Taylor Kitsch naprawdę dobrze wcielił się w swoją rolę. Willem Defoe, którego absolutnie w filmie nie rozpoznałam, a to za sprawą wspomnianych wcześniej efektów specjalnych również wzbudza podziw. Nawet lekko irytująca księżniczka planety -Dejah Thoris, potrafiła wzbudzić moją sympatię i sprawić, że naprawdę uwierzyłam, iż dba o losy swego świata.


Film jest świetnie wyreżyserowany, dobrze zrealizowany, dopieszczony w każdym calu, w zasadzie niewiele można mu zarzucić, jeśli więc zastanawiacie się, czy warto się na niego wybrać, moja odpowiedź brzmi: Tak! Po stokroć. Zachęcam, gdyż film jest zabawny, cieszy oko i choć może nie przenosi wraz ze sobą żadnych głębszych treści czy wartości, to jest w stanie zapewnić rozrywkę, a przecież i o to w kinie chodzi.

Recenzja ukazała się na portalu DUŻEKA