09 kwietnia 2013

Peter V. Brett - Wojna w blasku dnia. Księga pierwsza


Peter V. Brett zadebiutował w 2008 cyklem Trylogia Demonów. Pierwsza książka wchodząca w jego skład nosiła tytuł Malowany Człowiek. Następna to Pustynna Włócznia a teraz nadszedł czas na Wojnę w Blasku dnia. Już w pierwszym tomie tej błyskotliwej trylogii fantasy czytelnicy poznają bohaterów, których losy będą śledzić aż do końca. Tak więc jeśli komuś obce są imiona Arlan, Leesha, Rojer czy też Jardir czym prędzej powinien nadrobić zaległości. Natomiast tym, którzy czekają z niecierpliwością na dalsze przygody owych śmiałków spieszę z prezentacją tego, czego mogą się oni spodziewać po pierwszym tomie ostatniej części trylogii.

Wojna w blasku dnia nadciąga. Mieszkańcy krainy atakowanej przez krwiożercze demony mają tylko miesiąc na przygotowanie się do bitwy – to bardzo mało czasu a ludność wciąż jest podzielona. Jak mają stawić czoło otchłańcom, kiedy skaczą sobie do gardeł, a polityczne intrygi przyćmiewają im to co najważniejsze – czyli jedność w walce o przetrwanie? Arlem, Leesha, Inevra, Rojer, Jardan – każdy z bohaterów odgrywa szalenie ważną rolę w tych wydarzeniach. Jednak aby dowiedzieć się jak potoczą się ich losy trzeba samemu sięgnąć po pierwszą księgę Wojny w blasku dnia.

Świat powieści przypomina mi nieco ten przedstawiony w niektórych książkach z serii Forgotten Realms. Nie można jednak odmówić autorowi oryginalności. Jego bohaterowie są szalenie intrygujący, popełniają błędy, mają swoje zmartwienia i niejednokrotnie tylko cudem wychodzą cało z opresji. Dodatkowe napięcie wzmaga fakt, że autor umiejętnie knuje intrygi i niejednokrotnie oddala ich rozwiązanie tak, by czytelnik zbyt szybko nie dowiedział się, jak rozwinie się dalej fabuła. Skrupulatnie przeciąga pewne wątki, odwracając uwagę odbiorcy przez wprowadzanie coraz to nowych pomniejszych zdarzeń, które tylko pozornie niewiele wnoszą do rozwoju historii.

Aby tradycji stało się zadość, powieść podzielona jest na kilka osobnych torów, których ostatecznym celem jest połączenie w wielki i spektakularny finał, którego zapewne doświadczymy zapoznając się z ostatnią księgą trylogii. Natomiast w piątym tomie cyklu Brett sięgnął po zagrywkę taktyczną, przerywając akcję w momencie tak ważnym, że czytelnicy z pewnością nie będą mogli się doczekać kontynuacji. Jest to paradoksalnie ogromny plus książki, gdyż takie rozwiązanie kumuluje napięcie wywołane oczekiwaniem. I choć można narzekać, że fabuła zostaje urwana to jednak jest to zabieg sprytny i pozwalający na rozkoszowanie się dotychczas zdobytymi informacjami.

Muszę przyznać, że najciekawszymi rozdziałami zawartymi w księdze pierwszej były te opowiadające o szkoleniu Inevery. Bohaterkę poznajemy jako małoletnią dziewczynkę, której ścieżka życia wytyczona przez Everama sprowadza ją na drogę trudnej sztuki bycia adeptką dama’ting. Okazuje się jednak, że jej przyszłość jest bardziej skomplikowana niż mogłaby to sobie wyobrazić. Bohaterka dorasta na oczach czytelników i dzięki temu mamy też szansę śledzić jej dalsze losy oraz ogromny wkład jaki ma ona w rozwój wydarzeń i innych bohaterów. Inevera jest sprytna, inteligentna i posiada ogromną wewnętrzną siłę, dlatego też intryguje mnie niepewność pozycji jaką sobie wywalczyła. Zdaję sobie sprawę, z tego że żongluje półsłówkami i niedopowiedzeniami jak wprawny cyrkowiec, jednak nie chcę zdradzić wam zbyt wiele ciekawych informacji, które z pewnością chcielibyście uzyskać sami sięgając po Wojnę w blasku dnia.

Zachęcam wszystkich miłośników do zapoznania się z powieścią prezentującą klasyczną fantastykę. Autor naprawdę ma talent do kreowania fikcyjnego świata, a fabuła nie raz potrafi zaskoczyć. Drobnym utrudnieniem dla czytelników, którzy wcześniej nie mieli do czynienia z Trylogią Demonów może być dosyć spora ilość nazw własnych, które pojawiają się w powieści i które określają rangi i pozycje jakie zajmują bohaterowie, jednak z czasem można samemu odkryć co właściwie znaczy jiwah, damaji, khaffit itp. Tak więc, jeśli wyczekujecie z niecierpliwością premiery Wojny w blasku dnia, to nie pozostaje mi nic innego tylko utwierdzić was w przekonaniu, że naprawdę warto czekać. Jeśli natomiast pierwszy raz słyszysz o Peterze Brett’cie i jego trylogii to zachęcam do sięgnięcia po tom pierwszy i zapoznania się z szalenie barwnym, nieco orientalnym i brutalnym światem rządzonym lękiem przed otchłańcami.

Ocena: 6/6
Tytuł: Wojna w blasku dnia. Księga pierwsza
Autor: Peter V. Brett
Cykl: Trylogia demonów tom 5
Ilość stron: 680
Wydawnictwo: Fabryka słów 2013
Cena: 44,90 zł
Recenzja ukazała się także na blogu NASZERECENZJE.
Zapraszam do zapoznania się z recenzją WOJNA W BLASKU DNIA. KSIĘGA DRUGA

07 kwietnia 2013

Elizabeth Camden - Sekrety róż


Elizabeth Camden to pisarka mająca na swoim literackim koncie kilka romansów z historią w tle. Jedną z takich książek są Sekrety róż wydane w Polsce przez wydawnictwo Otwarte. Przyznaję, że nie spodziewałam się zbyt wiele po tym tytule. Generalnie rzecz biorąc romanse historyczne – choć nie muszą oczywiście być słabymi pozycjami – nie zawsze kojarzą mi się zbyt ambitnie. Jakież było moje zdziwienie, gdy pierwsze słowo jakie pojawiło się w mojej głowie po skończeniu tejże lektury brzmiało – przepiękna!

Rok 1879. Michael Dobrescu, imigrant z Rumunii, wraz z dwójką synów, siostrą i parą druhów na śmierć i życie wprowadza się do willi należącej od dziesięcioleci do rodziny profesora Sawyer’a. Miejscowa ludność przyjmuje ten czyn za niezwykle haniebny i reaguje prawie natychmiast. Gdy na progu willi pojawia się miejscowy szeryf w towarzystwie kilku poważanych przedstawicieli miejskiej społeczności okazuje się, że domniemany włamywacz, posiada dokumenty świadczące o tym, że lata temu otrzymał daną ziemię wraz z gospodarstwem w spadku. Kiedy rodzina Sawyerów (przebywająca wtedy na letnim wypoczynku) dowiaduje się o zaistniałej sytuacji występuje na drogę sądową, jako że profesor nabył ową willę od władz miasteczka po śmierci jej poprzedniego właściciela. Jednak w cudzoziemcu jest coś niesamowitego, co szybko zauważa córka profesora Libby. Pomimo świadomości, że Michael stanowi jej wroga w walce o rodzinny dom, stopniowo jej serce ulega nie tylko urokowi samego mężczyzny ale także całej jego rodziny. Bohaterka będzie musiała dokonać wyboru – sprzeciwić się rodzinie i być może stracić dach nad głową ale zyskać coś co na zawsze odmieni jej życie, czy dalej trwać przy boku ojca jako niewidzialna i niedoceniana córka.

Dawno nie miałam w rękach tak esencjonalnej i pełnej zmysłów książki. Autorka bawi się zapachami i kolorami, tworząc ze swojej powieści swoiste dzieło sztuki. Przeplata niesamowicie piękne opisy przyrody i uczuć z całkiem ciekawymi rodzinnymi sekretami, które zacznie odkrywać nie tylko w rodzinie Michaela ale także w rodzinie Sawyerów. To połączenie daje mieszankę wybuchową, która wzrusza, momentami bawi a często wywołuje silne wzburzenie i napięcie (oczywiście, proszę nie porównywać tych emocji z tymi, które może wywołać krwawy kryminał). Camden w wyjątkowo ujmujący i subtelny sposób ukazała małomiasteczkową społeczność, zderzenie się dwóch kultur i światopoglądów, okrucieństwa wojny oraz urodę kiełkującej miłości dojrzałych ludzi.

Bohaterowie są bardzo plastyczni, bawią i ciekawią w niewymuszony sposób, ich zachowania są całkowicie naturalne a główna bohaterka stanowi urocze połączenie Amelii Earhart i Jane Austen. Sympatię wzbudza także Michael Dobrescu, którego porywczość i gwałtowność ale także serce na dłoni z pewnością pobije serce niejednej czytelniczki.

Powieść Sekrety róż czyta się jednym tchem. Język książki jest płynny i lekki, dzięki temu, że autorka unika zbędnych dłużyzn i zgrabnie prowadzi swoją narrację. Przedstawienie punktu widzenia dwóch stron konfliktu także stanowi doskonałe rozwiązanie fabularne, dzięki czemu czytelnik stopniowo zdobywa wiedzę, która umożliwia mu trzeźwą ocenę sytuacji oraz postępowanie bohaterów.

Jednak naprawdę najbardziej piękną i jednocześnie okrutną historią jest ta, która opowiada o różach. Choć stanowi ona tło doskonale wplatające się w relacje głównych postaci, to jednak nie da się nie zauważyć jak ogromną rolę zajmują te kwiaty w owej powieści. Jednak rozwiązanie zagadki Sekretów róż pozostawiam Wam, Drogie Czytelniczki.

Ocena: 6/6

Tytuł: Sekrety róż
Autor: Elizabeth Camden
Ilość stron: 384
Wydawnictwo: Otwarte 2013
Cena: 34,90 zł

Recenzja ukazała się na portalu DUŻEKA.

03 kwietnia 2013

Saladin Ahmed - Tron Półksiężyca


„Baśnie z tysiąca i jednej nocy” to jedne z najbardziej popularnych arabskich opowieści. Do zbioru tych legend należą historie m. in. Aladyna i jego zaczarowanej lampy, Sindbada Żeglarza, czy też Ali-baby i czterdziestu rozbójników. Jak informuje nota na okładce książki „Tron półksiężyca” to właśnie świat znany z wyżej wymienionych podań ożywa na jej kartach. I rzeczywiście patrząc na piękną oprawę dzieła Saladina Ahmeda, amerykańskiego pisarza arabskiego pochodzenia, myśli krążą wokół orientalnych zapachów, kształtów i kolorów. Jednak już na wstępie muszę rozczarować czytelników, gdyż treść pierwszego tomu sagi „Królestwo Półksiężyca” posiada znikomą ilość nawiązań do starych perskich opowieści.

Królestwem Półksiężyca włada okrutny i bezmyślny kalif. Konflikt między nim a samozwańczym mistrzem złodziejskiego fachu, Księciem Sokołów, narasta i zaczyna chwiać fasadami wielkiego miasta Dhamswaat. Mieszkańcy stają się coraz bardziej głodni rebelii, a jej ogień podsycają także tajemnicze morderstwa i zaginięcia ludzi. Stoi za nimi ktoś bardzo potężny. Ktoś, kto ma moc tworzenia i kontrolowania paskudnych stworzeń zwanych ghulami. Sprawa staje się bardzo poważna, kiedy okazuje się, że ostatni prawdziwy łowca tych maszkar jest już zmęczony i ma ogromną ochotę przejść w stan spoczynku. Zmienia zdanie dopiero wtedy, gdy okazuje się, że kolejnymi ofiarami potworów stają się członkowie rodziny jego byłej kochanki. Stary doktor Adulla Machslud wyrusza w podróż wraz ze swym pomocnikiem Raseedem bas Raseedem oraz przypadkowo napotkaną zmiennokształtną dzikuską Zamią, by odkryć i pokonać tego, który stoi za tajemniczymi zbrodniami. Jednak może się okazać, że tożsamość okrutnika nie będzie jedyną rzeczą, która uda im się odkryć.

Autor miał świetny pomysł na fabułę, potrafi używać języka, pisze składnie, konkretnie. Oprócz prowadzenia akcji, nie zapomina wprowadzać opisów otaczającego świata. Powieść jest pełna kolorów, zapachów i widoków, które mogłyby zapierać dech w piersiach, gdyby nie zabrakło im tej wyjątkowej magii ożywiającej to, co nieożywione w literackim świecie. Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić gdzie tkwi problem. Na pewno odbiór powieści utrudnił sam tłumacz, który nie zauważył, że styl autora odbiega znacznie od sposobu formułowania myśli, do którego jesteśmy przyzwyczajeni my, europejczycy. Banalnym przykładem może być tu sposób zapisywania wieku postaci występujących w książce, mianowicie „chłopiec wyglądał na około dwa i dziesięć lat”. Gdyby tłumacz zapisał to jako „dwanaście” szczegół ten nie zmieniłby znaczenia zdania, a jednak ułatwiłby jego odbiór. Być może będzie to z mojej strony spore nadużycie, ale uważam, że w sposobie wypowiedzi bohaterów oraz w metaforach i porównaniach, których autor postanowił użyć uwydatnia się bariera między kulturą arabską a europejską. Nie zmienia to jednak faktu, że ta niecodzienna lektura mimo niektórych swoich wad wydała mi się intrygująca.

Na polskim rynku wydawniczym z pewnością można znaleźć dużo słabsze debiuty literackie, nad którymi rozpływają się miliony. Być może warto dać szansę temu pisarzowi? Czy możliwe, że jego bohaterowie nabiorą wyrazu wraz z kolejnymi tomami cyklu? Całkiem prawdopodobne, że „Tron Półksiężyca” to dopiero rozgrzewka przed wspaniałą przygodą, którą snuje autor w dalszych częściach. Poszukiwanie odpowiedzi na te pytania pozostawię w rękach czytelników, choć jestem przekonana, że sama także nie odmówię sięgnięcia po następne tomy orientalnej sagi.

Pierwszy tom cyklu „Królestwo Półksiężyca” jest powieścią zadowalającą. W obecnych czasach, gdy nasz rynek zalewany jest wciąż wzrastającymi cenami nowych pozycji literackich, całkiem miłą odmianą jest możliwość kupienia niezłej, 360 stronicowej książki w cenie 19,90 zł.

Ocena:4-/6

Tytuł: Tron Półksiężyca
Autor: Saladin Ahmed
Cykl: Królestwo Półksiężyca tom 1
Ilość stron: 360
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2012
Cena: 19,90 zł
Recenzja ukazała się na portalu PARADOKS.

01 kwietnia 2013

The Walking Dead sezon 3

Stacja telewizyjna AMC rozpoczęła nowy, 2013 rok pełną parą. Serial The Walking Dead powrócił na nasze domowe ekrany i wzbudził ogromne emocje. Poprzedni sezon zakończył się w wielkim stylu i wielu widzów zastanawiało się jak dalej potoczą się losy Ricka i resztki pozostałych przy życiu mieszkańców farmy Hershela. Twórcy drugiego sezonu z odcinka na odcinek stopniowali napięcie by dojść do momentu kulminacyjnego, w którym to hordy zombie napadają na zamieszkałą przez bohaterów farmę doprowadzając do jej opuszczenia oraz do niewielkiego, acz znaczącego rozłamu w grupie. Kolejnym emocjonującym faktem łączącym się, tym razem, z trzecim sezonem serialu był fakt podzielenia emisji odcinków na dwie części, co najpierw wzbudziło falę protestów wśród fanów, jednak później przemieniło się w niepokojąco podniecający stan ciągłego oczekiwania. Obecnie widzowie są na etapie emisji drugiej części sezonu trzeciego, w którym z odcinka na odcinek gęstnieje atmosfera, a zombie z głównych wrogów stają się tylko dodatkowym utrudnieniem w przetrwaniu.

Fabuła po krótce przedstawia się tak: Rick z grupą ocalałych, szturmem zdobywają więzienie, które udało im się odnaleźć po długiej tułaczce i zimowaniu w drodze. Lorie jest już w zaawansowanej ciąży i wszyscy cierpią z powodu braku zapasów, tak więc mury więzienia wydają się być miłą perspektywą. W więzieniu czeka jednak na nich słodko-gorzka niespodzianka. A sam budynek choć przez pewien czas zapewnia im bezpieczeństwo, okazuje się być fortecą teoretycznie do zdobycia. Co będzie dalej? Tego moi mili nie wiem, gdyż pisząc ten felieton, jestem, pewnie tak jak i wy dopiero po obejrzeniu odcinka I Ain’t a Judas. A zanim nastąpi moment kulminacyjny trzeba jeszcze troszkę poczekać.

Okazuje się, że kolejne sezony naprawdę mogą się od siebie znacznie różnić, a każdy z nich może być lepszy od poprzedniego. Chyba nie ma wśród fanów serialu osobnika, który stwierdziłby, że trzeci sezon jest słaby. Szybkie zwroty akcji, ciągłe napięcie i niepokój to cechy charakteryzujące tę część serii telewizyjnej. Nowi bohaterowie wzbudzają skrajne emocje, dodają także świeżości, której tak brakowało w sezonie drugim. Choć są momenty, które wyciszają akcję to mimo wszystko nie można narzekać na brak emocjonujących zdarzeń. Świetnie dobrana muzyka, która tak jak w poprzednich sezonach, pojawia się tylko momentami sprawia, że odcinki stają się bardziej wyraziste, a kręcone z rozmachem sceny wynoszą ten serial na telewizyjny piedestał.

Producenci zaplanowali wiele niespodzianek, tak przyjemnych jak i mniej miłych dla widzów. Jednak, jedno jest pewne. Nad tym serialem pracują ludzie, którzy naprawdę znają się na rzeczy i wiedzą co robią, tak by przyciągać przed telewizyjne czy też komputerowe ekrany coraz to większą liczbę osób. Myślę, że ogromnym plusem dotychczas stworzonych sezonów jest fakt, że twórcy nadal trzymają się idei zapoczątkowanej przez Roberta Kirkmana i jego komiks, i nie stawiają walki z zombie w centrum serialu. Zombie są tutaj tylko ekstremalnym warunkiem, na jaki zostali wystawieni bohaterowie, a głównym wątkiem jaki wciąż przewija się przez wszystkie odcinki, jest zachowanie zmysłów i utrzymanie kręgosłupa moralnego w możliwie pionowym poziomie.

Wszystkim tym, którzy dotarli do trzeciego sezonu i którzy miłują cały serial ponad wszystko, polecam zaopatrzenie się w książkę Narodziny Gubernatora. Jestem przekonana, że będzie stanowiła ona doskonałe uzupełnienie wiadomości, których skrawki dostajemy w najnowszym sezonie. No i słuchając promo słuchowiska, które powstało na podstawie komiksów, można być pewnym, że i ono będzie miało ogromne wzięcie i będzie długo cieszyć się zainteresowaniem fanów.
Felieton został napisany dla portalu KOSTNICA.

29 marca 2013

Brandon Mull - Pozaświatowcy.Świat bez bohaterów


W czasach, kiedy dla nastolatków bohaterami stają się ponadnaturalne istoty takie jak wampiry, wilkołaki i inne paranormalne stworzenia, a powieści kierowane do młodzieży oscylują wokół historii miłosnych mniej lub bardziej ckliwych, jednak nie przedstawiających zbyt głębokich wartości Brandon Mull, autor słynnego już Baśnioboru postanowił zaserwować młodym czytelnikom opowieść o świecie, w którym prawdziwym bohaterem może być ktoś taki jak ja czy też Ty, Drogi Odbiorco. To ważne aby literatura powracała do korzeni pięknych baśni, w których liczyła się inteligencja, spryt, odwaga i honor zwyczajnych ludzi. Taką właśnie książką, wspomnianego wyżej autora, jest cykl Pozaświatowcy. Świat bez bohaterów.

Jason jest trzynastolatkiem z typowymi problemami dotyczącymi dzieciaka w jego wieku – niezrozumienie ze strony rodziny, pierwsze miłostki i tym podobne. Pewnego dnia, za sprawą tajemniczej magii, zwabiony intrygującą melodią wpada do paszczy ogromnego hipopotama mieszkającego w miejskim Zoo. Świat do którego trafia nazywa się Lyrian. Okazuje się, że mieszkańcy owego świata cierpią z powodu tyranii wielkiego Czarnoksiężnika Maldora. Za sprawą zbiegu okoliczności Jason, wraz z drugim Pozaświatowcem – Rachel, wkraczają na bohaterską ścieżkę, która ma zaprowadzić ich przez różne krainy magicznego świata. Ich celem staje się zniszczenie Maldora. Czy młodzi ludzie będą w stanie pomóc istotom zamieszkującym Lyrian? Czy w świecie tak nieprzychylnym bohaterom, Jason i Rachel będą w stanie udźwignąć brzemię, jakie na nich spadło? Tego, Drodzy Czytelnicy, nie dowiecie się, jeśli nie sięgniecie po Świat bez bohaterów.

Brandon Mull stworzył dziwaczny, ale i piękny świat, który delikatnie kojarzy mi się z tym wykreowanym przez Piersa Anthony na potrzeby cyklu Xanth. Wszechobecna magia, nietypowe stworzenia, oraz tajemnicze istoty zamieszkujące Lyrian pobudzają wyobraźnię i wciągają bez reszty. Jestem pełna podziwu dla autora. Przez to, że nie unika on trudnych tematów, wśród których występują takie motywy jak poświęcenie dla przyjaciół, walka o wolność oraz rezygnacja ze swoich planów na rzecz dobra ogółu, książka ta staje się wartościową lekturą dla młodszych czytelników. A wyżej wspomniany barwny świat i fantastyczna przygoda, jaką przeżywają bohaterowie Pozaświatowców, są w stanie zapewnić dobrą zabawę starszym miłośnikom literatury.

Bohaterowie książki są interesujący. Łatwo można zapałać do nich sympatią, dlatego równie łatwo można odczuć żal po tych, z którymi przyjdzie nam się pożegnać podczas czytania lektury. Nie mniej jednak autor postanowił oszczędzić czytelnikom zgrzytania zębów i nerwów łagodząc im każdą stratę, choć chciałabym namówić  was abyście sami przekonali się, w jaki sposób tego dokonuje

Początek powieści jest nieco dziwaczny. Przyznajcie szczerze, rzadko zdarza się aby do magicznej krainy bohaterowie przenosili się np. przez przełyk dzikiego zwierzęcia!(?) Jednak kiedy już uda się wdrożyć w specyfikę stylu autora, zdarzenie to zdaje się być zabawne i pozytywnie zaskakujące. Finisz powieści przynosi natomiast pewien niedosyt, nie dlatego, że jest zły lub słabo przemyślany. Po prostu czytelnikowi, z całą pewnością trudno jest zakończyć fascynującą lekturę w tak ważnym, dla dalszego rozwoju wydarzeń, momencie. Dlatego, choć nastolatką już dawno nie jestem, z niecierpliwością zacieram ręce, w oczekiwaniu na następny tom tej niesamowitej historii.

Ocena: 6/6

Tytuł: Świat bez bohaterów
Autor: Brandon Mull
Cykl: Pozaświatowcy tom 1
Wydawnictwo: Mag 2013
Ilość stron: 544
Cena: 35,00 zł
Recenzja ukazała się na portalu KOSTNICA.

24 marca 2013

Robert Kirkman, Jay Bonansinga - Żywe trupy. Droga do Woodbury


„Jeśli przeżyłeś piekło, to nawet okrutne, choć względnie bezpieczne miejsce może okazać się rajem na ziemi”

Płynąc na fali sukcesu, jaki odniósł serial The Walking Dead oraz jego komiksowy pierwowzór, Robert Kirkman we współpracy z Jay’em Bonansinga postanowili stworzyć cykl książek opowiadających o losach postaci mniej lub bardziej znanych fanom serii. Po Narodzinach Gubernatora przyszedł czas na Drogę do Woodbury – na którą z resztą twórcy nie kazali nam zbyt długo czekać.

Żywe trupy opanowują przedmieścia Atlanty. Grupki ocalałych ludzi próbują przetrwać nie tylko notoryczne ataki umarlaków, ale także nadchodzącą wielkimi krokami zimę. Wśród jednej z takich społeczności znajduje się Lilly Caul, młodziutka i wystraszona dziewczyna, która zdaje sobie sprawę z tego jak bardzo zależna jest od innych. Zbieg różnych okoliczności doprowadza do tego, że kiedy na obóz napada horda trupów i ginie jedna z podopiecznych Lilly, bohaterka wraz z czwórką znajomych wyrusza w swoją własną drogę. Po kilku mniej lub bardziej groźnych perypetiach wędrowcy trafiają w końcu do miasteczka Woodbury, w którym bezsprzecznie panuje Gubernator. Wydaje się, że tylko Lilly dostrzega, kto kryje się za maską prężnie rządzącego miasteczkiem Philipa Blacka.

Droga do Woodbury jest równie dobra jak Narodziny Gubernatora jednak obie te powieści znacznie się od siebie różnią szczególnie w sposobie budowania napięcia. O ile te pierwsza książka z serii stopniowo wprowadzała czytelników w walkę z zombie, które w niewielkich grupkach pojawiały się na drodze bohaterów o tyle druga powieść to raczej uderzenie obuchem w głowę. Zombie pojawiają się praktycznie już na pierwszych stronach i stanowią bardziej oddział niż nieformalną grupkę wygłodniałych stworów. W fabule pojawia się także dużo więcej rozważań na temat ludzkiej moralności. Zachowania mieszkańców miasteczka można by porównać do tych możliwych do zaobserwowania na spacerniaku w jakimś obskurnym więzieniu. Oczywiście, nikt nie spodziewa się, że w tak traumatycznych czasach, jakie opisuje seria The Walking Dead ludzie będą potrafić zachować podstawy savoir-vivre i nie zmienią się w chodzące bydlęta. Nie mniej jednak, Kirkmanowi i Bonansinga udało się wywlec na światło dzienne wszelkie okropne cechy, którymi mogliby się wątpliwie poszczycić ludzie wystawieni na bardzo ekstremalne warunki życia. Ukazują je całkowicie jednoznacznie, do tego stopnia, że naprawdę niewiele miejsca pozostaje dla obserwacji pozytywnych ludzkich zachowań.

Jak więc wspomniałam, w drugim tomie książkowej serii Żywe trupy autorzy poświęcają umarlakom tyle samo uwagi co żywym bohaterom. Warto przyznać, że Kirkman zasługuje na ogromną pochwałę, gdyż mimo ogromnego sukcesu jaki odniósł jego pomysł, nadal pozostał on wierny przesłankom, które przyświecały powstaniu komiksu The Walking Dead, czyli  skupieniu się na zmianach, jakie następują w ludziach – walka z zombie ma stanowić tylko tło opowiadanej historii.

Twórcy Drogi do Woodbury wykreowali niesamowitych bohaterów, których losy śledzi się w pełnym wyczekiwania napięciu. Okazuje się, że choć oglądamy serial, czytamy komiksy, to jednak Kirkman nadal potrafi nas zaskoczyć swoją pomysłowością i umiejętnie wykorzystuje talent Bonansinga do tworzenia coraz to ciekawszych dzieł.

Książka naprawdę stanowi doskonałą rozrywkę i uzupełnia braki informacyjne z uniwersum TWD, sprawiając, że świat wykreowany przez Roberta Kirkmana staje się coraz bardziej kompletny. Dla każdego fana Żywych trupów lektura ta jest niezbędna. A dzięki temu, że wydawnictwo postanowiło zachować konwencję poprzedniej okładki, obydwa tomy serii prezentują się wyśmienicie na półce. Droga do Woodbury jest lekturą doskonałą, świetnie wpasowującą się w świat, który tworzą różne elementy serii The Walking Dead.

Ocena: 6/6

Tytuł: Droga do Woodbury
Autor: Robert Kirkman i Jay Bonansinga
Wydawnictwo: Sine Qua Non 2013
Ilość stron: 320
Cena: 34,90 zł
Recenzja ukazała się na portalu KOSTNICA.

Zapraszam do zapoznania się z recenzją - ŻYWE TRUPY. NARODZINY GUBERNATORA.

22 marca 2013

Andrzej Pilipiuk - Szewc z Lichtenrade


Moja przygoda z twórczością Andrzeja Pilipiuka prowadziła różnymi ścieżkami. Mieliśmy wzloty i upadki, nie mniej jednak nadal uważam go za bardzo dobrego pisarza (choć wiem, jak ogromne kontrowersje wzbudza wśród czytelników). Zdecydowanie jest to jeden z najbardziej płodnych autorów zbiorów opowiadań, nic więc dziwnego, że jego najnowsza książka, wydana nakładem (jakżeby inaczej) Fabryki słów to także antologia. Szewc z Lichtenrade to zbiór dziesięciu opowieści w mniejszym bądź większym stopniu oscylujących wokół tematyki historii.

Tak jak w przypadku poprzednich antologii Pilipiuk i tu powraca do znanych bohaterów np. dr Skórzewski. Jednak mnie najbardziej zaintrygowała przewijająca się w kilku opowiadaniach postać kolekcjonera staroci Roberta Storma. Zresztą autor naprawdę doskonale potrafi nakreślać swoich bohaterów, wykorzystując zadziwiająco minimalne nakłady słów. Natomiast co do treści opowiadań, jak to zwykle w tego typu zbiorach bywa, zdarzają się lepsze i gorsze. Jednak nie można odmówić pisarzowi umiejętności zabawnej i lekkiej kreacji świata. Niekiedy wpycha nas siłą w całkowicie abstrakcyjną i odmienną od naszej rzeczywistość, innym razem kreuje świat identyczny do współcześnie znanego, z tym że wybrzusza go delikatnie pewnymi paranormalnymi akcentami. Jedno jest pewne – z Pilipiukiem nie można się nudzić!

Naprawdę nie chce zdradzać Wam jakie treści skrywają tajemnicze tytuły rozdziałów jak np. Traktat o higienie, Ślady stóp w wykopie, Sekret wyspy Niedźwiedziej i tytułowy Szewc z Lichtenrade. Potrzeba Wam wiedzieć tylko tyle, że Andrzej Pilipiuk jest mistrzem w tworzeniu ciepłych historii z dreszczykiem, przezabawnych i groteskowych opowiastek, oraz naprawdę tajemniczych i mrożących krew w żyłach opowiadań – i wszystkie znajdziecie sięgając po jego najnowszą książkę.

Antologia Szewc z Lichtenrade plasuje się na środkowej półce dzieł spisanych piórem tego autora. Nie jest to książka wybitna, choć wydaje mi się, ze autorowi jest po prostu ciężko zaskoczyć całkowicie czytelnika, który przeczytał bardzo dużo jego dzieł – czyli kogoś takiego jak ja, z drugiej strony na pewno jest to lektura, która wypłukuje goryczkę powstałą po przeczytaniu Trucizny, czyli ostatniego tomu opowieści o Wędrowyczu. Jeśli po mojej recenzji nadal nie wiecie czy sięgnąć po Szewca czy nie, to bez zbędnego owijania w bawełnę powiem jedno – polecam!

Ocena: 4+/6

Tytuł: Szewc z Lichtenrade
Autor: Andrzej Pilipiuk
Ilość stron: 374
Wydawnictwo: Fabryka słów 2012
Cena: 39,90 zł