Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

29 maja 2012

Gary Ross - Igrzyska śmierci

Reżyserzy z Hollywood nie mogli być ślepi na ogromy sukces, jaki odniosła trylogia "Igrzyska śmierci" autorstwa Suzanne Collins. W końcu adaptacji tejże książki na srebrny ekran podjął się Gary Ross, który ma na swoim koncie rewelacyjne "Miasteczko Pleasantville". Chociaż tych dwóch filmów absolutnie nie można ze sobą porównywać, to warto jednak stwierdzić, że reprezentują równie wysoki poziom.


Katniss Everdeen mieszka w biednym Dwunastym Dystrykcie. Ma szesnaście lat i rok w rok od dwunastego roku życia bierze udział w Dożynkach, które Kapitol organizuje przed Głodowymi Igrzyskami w celu wyłonienia dwójki trybutów. Trybuci biorą udział w makabrycznych Igrzyskach, by złożyć ofiarę ku pamięci mrocznych czasów, kiedy to Trzynaście Dystryktów wypowiedziało wojnę władzy zamieszkującej stolicę. Rebelia została stłumiona, Trzynasty Dystrykt został zmieciony z powierzchni ziemi a ludzie zrozumieli, że z władzą nie wygrają i przyzwyczaili się do strasznych warunków. Jednak w tym roku siostra Katniss miała wziąć udział w losowaniu na trybuta po raz pierwszy i właśnie imię Prim Everdeen jaśniało na kartce wyciągniętej ze stosu innych. Katniss nie mogła skazać siostry na śmierć, więc w przypływie emocji zgłosiła się za nią na ochotnika... i tym sposobem wyruszyła by walczyć na śmierć i życie na zaprojektowanej arenie z innymi młodymi ludźmi, których los jest w zasadzie przesądzony, bo zwycięzca może być tylko jeden.


Film jest niesamowity, przede wszystkim ze względu na fantastyczny scenariusz, gdyż książka rzeczywiście stanowiła dla niego pewny grunt. Nie jest jednak wolny od wad. Największą z nich jest brak jasno prowadzonej narracji, chociaż niejasności pojawiają się tylko w kilku momentach i sądzę, że dla osób zaznajomionym z papierową wersją tej historii będą niezauważalne. Montaż delikatnie kuleje, ale nie przeszkadza to w odbiorze dzieła tak bardzo jakby mogło. Mocną stroną są dobrze dobrane ruchy kamery, które sprawiają, że obraz drży lub też momentami rozmazuje się, co dodaje wyjątkowej dramaturgii.

Plusem owego filmu jest bardzo dobra gra aktorska. Okazuje się, że młodociani aktorzy potrafią wykrzesać z siebie odrobinę zapału i przekonania na planie filmowym. Tu z całą pewnością chwalę Jennifer Lawrence w roli Katniss, słabiej wypadają postacie męskie, czyli panowie Hemsworth oraz Hutcherson, choć do tego drugiego, mimo wszystko nabrałam słabości. Wyjątkowo udaną kreację miała także Elizabeth Banks, w roli krzykliwej i przerysowanej mieszkanki Kapitolu Effie Trinket.

Na uwagę zasługuje także muzyka w filmie, która wyjątkowo oddawała klimat tego co widziane na ekranie. Brawa dla twórców za to, że nie skupili się na wątku romantycznym, który nawet w książce nie jest osią fabuły, a postanowili ukazać absurd "Igrzysk śmierci" oraz okrucieństwo i odczłowieczenie mieszkańców stolicy i rządzących. Reżyser postanowił iść za przykładem autorki trylogii i niczego nie ubarwił, przedstawił wydarzenia i bohaterów, jak najsurowiej i pozwolił byśmy my - widzowie, mogli ocenić ich zachowania i wybory moralne.

Jest to jeden z lepszych filmów jakie widziałam dotychczas. Niesie przesłanie i wartości, do tego jest bardzo dobrze zrealizowany i wykonany, dlatego polecam i daję najwyższą ocenę.

Moja ocena 6/6

06 kwietnia 2012

Andrew Stanton - John Carter

Ostatni raz w kinie byłam tak dawno temu, że przestałam być na bieżąco z premierami. Tak więc, gdy pewnego dnia naszła mnie ochota aby zobaczyć film na srebrnym ekranie, absolutnie nie wiedziałam co wybrać. Zdecydowałam, na chybił trafił, że będzie to "John Carter" Andrew Stantona. Oczywiście seans w 3D, które moim zdaniem zabije kino... ale nie o tym chciałam. Wracając do filmu, o tym, że jest to adaptacja literatury, dowiedziałam się już po obejrzeniu. Jednak brak owej wiedzy wcale nie przeszkadzał mi w odbiorze tego dzieła.


John Carter to weteran wojny secesyjnej, owładnięty gorączką złota. Obłędnie poszukuje tajemniczej jaskini pająka, gdzie według jego teorii znajdzie źródło tego drogocennego kruszcu. Kiedy wreszcie udaje mu się do niej trafić, znajduje w niej coś zgoła innego i wskutek nieszczęśliwego obrotu wypadków trafia na tajemniczą planetę o nazwie Barsoom. Jednak nawet tak daleko od Ziemi nie odnajdzie spokoju, gdyż pech sprawia, że zostanie uwikłany w konflikt między różnorodnymi mieszkańcami planety. Z czasem okaże się, że być może jest on jedyną osobą zdolną do zaprowadzenia pokoju na tej obcej planecie.


Oglądając "Johna Cartera", nie sposób było uniknąć porównywania go do "Avatara", "Conana" i jeszcze paru innych filmów, warto jednak zwrócić uwagę na to, że to właśnie Carter jest dziadkiem wcześniej wymienionych dzieł kinematograficznych. Wszak bohater ten narodził się w XX wieku, kiedy to młody pisarz Edgar R. Burroughs wydał swoje fantastyczne powieści na temat Marsa. Pechowo dla Johna Cartera, że dopiero teraz jakiś reżyser wpadł na pomysł jego całkowitej adaptacji a nie tylko inspiracji dla swego dzieła.
Stanton to autor animacji ze studia Pixara, jednak okazało się, że jest też świetnym reżyserem, który potrafi uwieść widza, nie przesadzając przy tym ani z efektami specjalnymi ani z wybujałą formą swej opowieści. Tak więc, "John Carter" jest nakręcony w stylistyce retro, która idealnie pasuje do klimatu historii. Kostiumy, scenografia a poniekąd nawet sposób realizacji filmu oddaje ducha dawnych lat. Współczesność wkracza wielkimi krokami w momentach, gdy pojawiają się efekty specjalne. Trzeba przyznać, że są one świetnie wykonane. Nie męczą widza, nie są też osią całej opowieści. Ot, tworzą tylko genialne tło dla bohaterów i ich perypetii.


Byłam zachwycona postacią głównego bohatera, bynajmniej nie dlatego, że jest to przystojny mężczyzna, po prostu uważam, że Taylor Kitsch naprawdę dobrze wcielił się w swoją rolę. Willem Defoe, którego absolutnie w filmie nie rozpoznałam, a to za sprawą wspomnianych wcześniej efektów specjalnych również wzbudza podziw. Nawet lekko irytująca księżniczka planety -Dejah Thoris, potrafiła wzbudzić moją sympatię i sprawić, że naprawdę uwierzyłam, iż dba o losy swego świata.


Film jest świetnie wyreżyserowany, dobrze zrealizowany, dopieszczony w każdym calu, w zasadzie niewiele można mu zarzucić, jeśli więc zastanawiacie się, czy warto się na niego wybrać, moja odpowiedź brzmi: Tak! Po stokroć. Zachęcam, gdyż film jest zabawny, cieszy oko i choć może nie przenosi wraz ze sobą żadnych głębszych treści czy wartości, to jest w stanie zapewnić rozrywkę, a przecież i o to w kinie chodzi.

Recenzja ukazała się na portalu DUŻEKA