Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Postapokalipsa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Postapokalipsa. Pokaż wszystkie posty

23 czerwca 2015

Robert J. Szmidt - Samotność Anioła Zagłady. Adam

Myślałam, że nie znajdę bardziej kameralnej książki niż Marsjanin Andy’ego Weira, ale sięgnęłam po Samotność Anioła Zagłady Roberta J. Szmidta i musiałam zweryfikować tę opinię. Postapokaliptyczna powieść polskiego autora to przedstawienie, w którym gra dosłownie kilku aktorów. Trudną sztuką jest napisanie intymnej historii jednego bohatera, tak by czytelnik nie uległ znużeniu. Tak Weirowi, jak i Szmidtowi się to udało. Nie będę jednak ukrywać, że amerykańskiemu autorowi poszło nieco lepiej niż rodzimemu, choć do obu powieści mam zastrzeżenia.

Samotność Anioła Zagłady. Adam opowiada o dramatycznej i obfitującej w wiele trudnych sytuacji podróży mężczyzny-wybrańca. Adam Sawyer był żołnierzem, którego zadaniem było chronienie Ameryki przed wojną atomową. Jednak w skutek pewnych zdarzeń, które autor wyjaśnia w dalszych częściach książki, Adam przyczynia się do całkowitej zagłady ludzi na Ziemi. Tym samym staje się jednym z uczestników tajnego projektu Arka, którego celem jest ponowne zaludnienie dawnej Zielonej Planety. Błąd systemu sprawia, że bohater budzi się ze snu kriogenicznego zbyt wcześnie. Aby uratować swoje życie musi wyruszyć do odległego centrum Arki. Stany Zjednoczone nie wyglądają już tak samo. Ziemia stała się okrutna i niebezpieczna. Książka jest nie tylko opisem drogi, jaką mężczyzna musi przebyć, jest także próbą wniknięcia w głąb duszy człowieka, którego samotność popycha w ramiona szaleństwa.

Powieść rozpoczyna się rewelacyjnie. Mocne wejście w historię daje potężnego emocjonalnego kopa, który nakręca czytelnika, ale jest to o tyle ryzykowne, że ten może oczekiwać takich samych emocji podczas dalszego zagłębiania się w lekturę, a bądźmy szczerzy… niesamowicie trudno jest non stop dawkować czytelnikom fabularne elektrowstrząsy. Zawsze nadchodzi ten moment, kiedy w treści wyraźnie zaznaczone zostają fragmenty mające dać oddech. Samotność takich wyraźnych fragmentów nie zawiera, czym zaskakuje. Jednak w dalszym rozrachunku stanowi to wadę tej opowieści bowiem, kiedy bohater rozpoczyna swoją podróż, odbiorca przestawia się w tryb pełnego napięcia oczekiwania i w zasadzie, jeśli mu się to ostatecznie nie znudzi, stan ten może mu towarzyszyć praktycznie do ostatnich stron, ponieważ dopiero tam autor serwuje kolejny emocjonalny wstrząs. Środkową część tej historii stanowią opisy przemieszczania się z punktu A do punktu B itd. Niewiele można tu także znaleźć udanych prób wniknięcia w psychikę bohatera. Niestety jego dylematy moralne oraz próby radzenia sobie z ogromnym przecież stresem wydały mi się mało wiarygodne. Adam nie jest też bohaterem wyrazistym. Trochę taki człowiek podobny do nikogo. Bohater Marsjanina to przezabawny i niebezpiecznie inteligentny młody mężczyzna, o Adamie pomimo towarzyszenia mu przez tyle czasu, jestem w stanie napisać jedynie tyle, że jest zdeterminowany.

Autor jest jednak niesamowicie utalentowany. Powieść ratuje świetna narracja. Pomimo tego, że na kartach Samotności nie dzieje się tak dużo, jakby czytelnik mógł oczekiwać, to jednak sprytnie rozpisana treść ciągle sugeruje, że za chwilę coś się wydarzy. Robert Szmidt wodzi nas za nos i prowadzi od jednego zakrętu do drugiego, a my wciąż i wciąż oczekujemy, a nawet wierzymy w to, że za kolejnym zdarzy się coś niesamowitego. Najlepiej prezentuje się jednak opowiadanie, które jest swoistą zapowiedzią tomu drugiego. Ewa może okazać się ciekawą kontynuacją.

To naprawdę budujące, że nasi rodzimi pisarze biorą się za postapo. Szmidt ma genialny, lekki i przystępny styl. Może Samotność nie jest powieścią genialną, ale posiada pewien urok i ogromny potencjał. Warto przeczytać, by móc wyrobić sobie własną opinię o polskiej postapokalipsie.

NA PLUS:
+ narracja
+ pomysł
+ ciekawa zapowiedź kontynuacji

NA MINUS:
- bohater
- brak charakterystycznych wydarzeń
- brak zagłębiania się w psychikę bohatera
- wątpliwe rozważania egzystencjalne

OCENA: 4/6

Tytuł: Samotność Anioła Zagłady. Adam
Autor: Robert J. Szmidt
Redaktor: Błażej Kemnitz
Wydawca: Rebis 2015
Cykl: Horyzonty zdarzeń
Liczba stron: 296
Cena: 32,90


RECENZJA ZOSTAŁA OPUBLIKOWANA NA PORTALU PARADOKS.

05 lutego 2015

Jana Wagner - Pandemia

"Apokalipsa według jednej Rosjanki"

Oprócz niektórych klasyków literatura rosyjska była mi praktycznie obca. Tym bardziej cieszę się, że moja przygoda ze współczesną prozą tamtego rejonu świata rozpoczęła się od Pandemii Jany Wagner. Książka właśnie ma swoją polską premierę i okazuje się, że oprócz przykuwającej wzrok okładki ma do zaoferowania bardzo ciekawe i głębokie wnętrze. Dzieło Wagner stanowi bowiem połączenie thrillera i powieści drogi, a całość osnuta jest na apokaliptycznych fundamentach. Oczywiście nie jest to nic nadzwyczajnego, ale charakterystyczne dla rosyjskiego języka smaczki, których nie pominął podczas swojej pracy tłumacz oraz wysoki poziom umiejętnego kreślenia rysów psychologicznych postaci, którym wykazała się autorka sprawiają, że Pandemia może się okazać jedną z najważniejszych książek najbliższych miesięcy.

Zaczyna się niewinnie – katar, kaszel, temperatura i nagle okazuje się, że grypa opanowała nasz organizm. W normalnych okolicznościach każdy poradziłby sobie z nią korzystając z drobnej pomocy lekarskiej. Co więc musiało się zdarzyć, że nie poradziły sobie z nią największe umysły tego świata? Okazuje się, że nic nadzwyczajnego, ot zwykła mutacja, nowa odmiana na którą nie ma szczepionki. Moskwa zostaje odcięta i objęta kwarantanną. Z miasta nie ma ucieczki. Mieszkająca poza stolicą Anna wie już, że nie uratuje swojej matki. Musi jednak zatroszczyć się o małoletniego syna. Wraz z nim, swoim ukochanym Sieriożą oraz grupką mniej lub bardziej bliskich osób podejmuje rozpaczliwą próbę ucieczki przed tym, co wydaje się nieuniknione.

Już pierwsze strony wprowadzają nerwowy i lekko nostalgiczny nastrój, a następnie tempo przyspiesza i nie zwalnia do ostatnich zdań, które choć wieńczą opowieść jasno i klarownie to pozostawiają pewien literacko pozytywny niedosyt. Wagner doskonale zna meandry ludzkiej psychiki, świetnie odwzorowuje paranoiczne, bezsensowne i zupełnie chaotyczne zachowania, które pojawiają się najczęściej w sytuacjach przeżywania ogromnego stresu. Kiedy sięgałam po Pandemię bałam się, że będzie to historia wściekłych kocic, bowiem treść noty wydawcy wskazuje na to, że pomiędzy główną bohaterką, a byłą żoną Sierioży będzie iskrzyło. Na szczęście udało jej się zachować równowagę, a relacje poszczególnych członków grupy przedstawiła barwnie i realistycznie. Emocjonalność bohaterów nie przysłoniła także tego, co jest tu najważniejsze, czyli historii podróży po świecie, którym zawładnął obłęd.

To, co zachwyca najbardziej to gnająca za bohaterami paranoja. Da się ją wyczuć w każdym ich kroku i posunięciu. A niedopowiedzenie względem realności zagrożeń, których spodziewają się z każdej strony sprawią, że czytelnik staje się na równi współodczuwającym. Nawet momenty, w których pozornie nie dzieje się zbyt wiele posiadają spory ładunek napięcia pomieszanego z niepokojącym oczekiwaniem.

Rok 2015 rozpoczął się bardzo dobrze pod względem literackim. Poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko i jestem ciekawa, czy znajdą się tytuły, które będą w stanie ją przeskoczyć, bo w to, że znajdą się takie, które będą na podobnym poziomie z Pandemią nie wątpię. Polecam!

Ocena: 6/6

Na plus:
+ różnorodność bohaterów
+ świetnie nakreślone rysy psychologiczne postaci
+ geneza pandemii
+ prawdopodobieństwo takiej apokalipsy
+ żywy i bogaty język zawierający naleciałości rosyjskie

Na minus:
- niektórych może przestraszyć wątek zazdrości między bohaterami
- dla miłośników książek postapokaliptycznych minusem może być brak wątków paranormalnych

Autor: Jana Wagner
Tytuł: Pandemia
Tłumacz: Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska
Cykl: -
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2015
 Liczba stron: 440
Cena: 39,90 zł

Recenzja została opublikowana na portalu RZECZGUSTU.

12 grudnia 2014

Paweł Majka - Dzielnica obiecana

Uniwersum Metro stanowi fenomen w skali światowej. Powstało w jego obrębie wiele literackich światów, które następnie rozbudowywano i które koniec końców zaczęły żyć własnym życiem. Choć przecież pozornie nie ma nic szczególnego w świecie wykreowanym przez Głuchowskiego: ot, zwykła postnuklearna codzienność. A jednak to właśnie ona kilka lat temu podbiła serca czytelników i doprowadziła do stworzenia kilkunastu historii, rozgrywających się właśnie w takiej a nie innej rzeczywistości – tyle że w różnych zakątkach świata. Głuchowski przedstawił w Metro 2033 opowieść niesamowitą, prawdziwą, mądrą a na dodatek niemalże sensacyjną. Choć jej kontynuacja, czyli Metro 2034, została przyjęta przez czytelników z mieszanymi uczuciami, to kolejni autorzy zawzięcie rozszerzają atomową apokalipsę na coraz to nowe rejony świata. W tym roku przyszło nam się wreszcie doczekać polskiego akcentu w omawianym uniwersum. Paweł Majka popełnił Dzielnicę obiecaną i tym samym zapewnił sobie sukces. Niestety – niezasłużony.

Od globalnej zagłady atomowej minęły dwie dekady. Polska również ucierpiała. Nowa Huta, robotnicze miasto i jedna z dzielnic Krakowa, której podziemne schrony umożliwiły resztkom ludzi przetrwać, stała się ostatnim bastionem społeczeństwa. Marzenia o Kombinacie oraz nierzeczywistym Krakowie urosły do rangi mrzonek czy też legend. Właśnie w schronach żyje i pracuje jedna z ostatnich trup cyrkowych. Opowieści jej członków wnoszą odrobinę radości w szare życie strudzonych ocalałych. Okazuje się jednak, że w schronach zawiązano spisek, a jego ofiarą stają się bajarze. Przetrwać udaje się tylko dwójce najmłodszych z nich, Marcinowi i Ewie, którzy teraz muszą uciekać na powierzchnię. Natomiast w centrum Krakowa rodzi się nowa siła, która ma wobec ludzkości swój własny plan…

Wbrew pozorom Majka stworzył historię paranormalną okraszoną dużą dawką wątków polityczno-militarnych. Być może miała ona zadatki na to by stać się fabularnym hitem, jednak wszystko to upadło pod ciężarem nieudolnego wykonania. Akcja powieści jest powolna i pełna niepotrzebnych opisów. Bohaterowie są podobni albo do siebie nawzajem, albo do postaci znanych nam już z literatury gatunku, a ich dialogi oraz tok rozumowania są dziecinne i naiwne. To sprawia, że powieść przestaje jawić się jako poważne dzieło literatury postapokaliptycznej, a staje się zwykłym czytadłem, które nie zasługuje na większą uwagę. Redakcja również się nie popisała. Dzielnica obiecana zawiera wiele błędów i zdań, które stają się jasne dopiero po wielokrotnym przeczytaniu. Próżno liczyć na to, że lektura ta wykrzesze z czytelnika głębsze emocje, gdyż nie pozwala na to infantylne przedstawienie świata oraz jego bohaterów.

Nie mogę oceniać Dzielnicy obiecanej na tle innych powieści wchodzących w skład uniwersum (ponieważ nie znam ich wszystkich), jednak mogę uplasować ją w kontekście całej reszty literatury postapo (gdyż tej sporo już pochłonęłam). Książka Pawła Majki wypada na tym tle naprawdę blado. Nie wnosi bowiem ani odrobiny świeżości, a sam autor jawi się jako pisarz z dość ubogim doświadczeniem i warsztatem, który wymaga wiele pracy. Dzielnica obiecana to książka, która mogła być naprawdę ważnym fragmentem metro-układanki, jednak została napisane bez polotu i pomysłu. Wielka szkoda.

Na plus:
+ klimatyczny początek powieści
+ całkiem ciekawy pomysł

Na minus:
- niedojrzali bohaterowie
- nie wykorzystanie pomysłu
- infantylne opisy i dialogi
- nie najlepsza redakcja

Ocena: 2/6

Autor: Paweł Majka
Tytuł: Dzielnica obiecana
Tłumacz: -
Gatunek: Literatura postapokaliptyczna
Cykl: Uniwersum Metro
Liczba stron: 500
Wydawnictwo: Insignis 2014
Cena: 39,90 zł
 
Recenzja została opublikowana na łamach portalu GRABARZ

21 kwietnia 2014

Robert McCammon - Łabędzi śpiew.Księga I/Łabędzi śpiew.Księga II

"Zło zawsze towarzyszyło ludzkości. Tkwiło w sercach jednostek i doprowadzało do gniewu mas. A dobro? Dobro ma to do siebie, że pojawia się znikąd i ze stoickim spokojem obserwuje"

Ogromna liczba opinii pełnych zachwytów na temat twórczości Roberta McCammona oraz moje zamiłowanie do tematyki postapokaliptycznej sprawiły, że obok dwu-tomowej powieści Łabędzi śpiew nie mogłam przejść obojętnie. Choć tytuł ten po raz pierwszy ujrzał światło dzienne w 1987 roku to pierwszy tom ukazał się na polskim rynku dopiero pod koniec października 2013 roku i, o dziwo, prezentuje bliską współczesnej wizję międzynarodowego konfliktu zbrojnego oraz jego skutków. Jednak nie jest to typowe postapo. Łabędzi śpiew jako całość reprezentuje baśń, taką mrożącą krew w żyłach, w stylu braci Grimm.

Powieść jest przykładem kompozycji szkatułkowej, w której kilka historii splata się ostatecznie w jedną – najważniejszą, która stanowi trzon fabularny. Czytelnicy poznają między innymi szaloną bezdomną kobietę, która wśród gruzów Manhattanu odnajdzie przepiękny szklany artefakt, który będzie dla niej kompasem, czarnego zapaśnika, który w odpowiednim czasie pojawi się w odpowiednim miejscu i stanie się kimś wyjątkowym dla małej dziewczynki, która jeszcze nie poznała swojego przeznaczenia, czy też młodzieńca, w którego sercu zakiełkuje krwawe ziarno. Zanim ich losy się splotą, wszyscy będą musieli walczyć o przetrwanie w świecie, który zginął, ponieważ przedstawiciele dwóch największych mocarstw nie potrafili już ze sobą rozmawiać…

Łabędzi śpiew to bardzo dziwna powieść. Przez pierwsze rozdziały fabuła dłuży się, poniekąd rozwleka, staje w miejscu oraz zatacza koło tylko po to by złapać czytelnika na haczyk i nie pozwolić mu się oderwać, aż do ostatnich stron drugiego tomu. Nie jest to lektura wybitna (choć zdecydowanie krąży w okolicach tej planety) ale w sposobie pisania McCammona jest nieokreślone coś co sprawia, że czytelnik całkowicie ignoruje niedociągnięcia czy też wpadki fabularne i daje się pochłonąć wykreowanemu światu. Można by rzec, że autor stworzył historię do bólu szablonową. Każdy z bohaterów jest przewidywalny i symbolizuje typowe literackie szufladki np. zwyczajny nastolatek, który odkrywa przyjemność w zadawaniu cierpienia, wariatka zbawiająca świat, wrażliwy czarnoskóry olbrzym itd. Właśnie to sugeruje, że nie o surową postapokalipsę chodziło autorowi, a o szczere ukazanie kondycji społeczeństwa – przecież to zawsze najlepiej wyjaśniać na zakodowanych w kulturze schematach. I choć stworzenie tej powieści było najprawdopodobniej podyktowane potrzebą odpowiedzi na zimnowojenne lęki swoich czasów, to jednak, jak już wspomniałam nie jest jej daleko do tego co obserwujemy obecnie w telewizji. Wynika to także z faktu, że autor sprytnie uniknął zastosowania w tekście nazw przedmiotów codziennego użytku, które w jakikolwiek sposób byłyby w stanie umiejscowić przedstawianą historię w czasie (choć niewątpliwie jest to XX lub XXI wiek).

Pióro McCammona to główny atut Łabędziego śpiewu, a pojawiające się w różnych tekstach publicystycznych porównania do stylu Stephena Kinga nie uważam za bezpodstawne, gdyż u jednego i drugiego wyraźnie ujawnia się fabuła kipiąca od emocji oraz potrzeba zawieszania akcji i odwracania uwagi czytelnika detalami, jednakże każdy z nich stosuje ku temu swoje sztuczki. Myślę, że właśnie to sprawia, że każdy z nich posiada ogromną rzeszę fanów, a kolejne pokolenia wprost kochają ich twórczość.

Na plus:
- uniwersalność czasowa
- fantastyczny styl
- pomysł
- połączenie postapokaliptycznego mrocznego klimatu z baśniowością
- wydanie

Na minus:
- lekko rozwleczony początek, który może odstraszyć mniej wytrwałych czytelników
- połączenie realizmu z magią i zjawiskami nadnaturalnymi może zniechęcić czytelników oczekujących rasowego postapo.

Ocena: 4/6

Autor: Robert McCammon
Cykl: Łabędzi śpiew tom I
Tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
Liczba stron: 524
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc 2013
Cena: 41,90 zł

*************
Kończąc pierwszą księgę Łabędziego śpiewu zgrabnie przeszłam do lektury księgi II – co już samo przez się świadczy o tym, jak głęboką fascynację wywołała u mnie powieść Roberta McCammona. Liczyłam przede wszystkim na wyrazistą puentę, ponieważ podczas tomu I miałam wrażenie, że autor tak bardzo wymieszał wątki realistyczne z magicznymi, że już sam się w nich pogubił. Ostatecznie nie zawiodłam się, a jedynie utwierdziłam w przeczuciu, że Łabędzi śpiew ma typowy dla przypowieści tudzież baśni, moralizatorski wydźwięk.

Dotychczasowy porządek znany na świecie całkowicie przestał funkcjonować. Społeczeństwo Ameryki Północnej i co wielce prawdopodobne, także reszty kontynentów, zostało zmiecione z powierzchni Ziemi. Nieliczni, którzy przetrwali rozpoczęli na nowo walkę, która obróciła w proch cywilizację. Rzekomo Bóg czeka na pewnym wzgórzu na tych którzy przybędą pierwsi, chce tym samym przekonać się o tym czy zwyciężyło dobro czy zło… Losy bohaterów znanych z poprzedniego tomu wreszcie splatają się, ale przed nimi jeszcze długa droga, a istota uosabiająca pierwotne grzechy ludzkości może czaić się wszędzie, i ma na oku Swan, a przede wszystkim Siostrę.

W drugiej części Łabędziego śpiewu mroczny klimat i napięcie jest wyczuwalne na każdej stronie. Zmienia się nieco charakter opowiadanej historii, jest w niej więcej ruchu, akcji, ale autor nadal bawi czytelnika detalami i snuje swoją opowieść bez zbędnego pośpiechu. Lektura wymaga skupienia i cierpliwości. Moment kulminacyjny jest nieco przekombinowany, ale to właśnie dzięki temu ostatecznie nabiera baśniowego charakteru. Ostatnie strony wzruszają, bawią i pokazują światełko w czarnym tunelu zepsucia współczesnego świata.

Łabędzi śpiew jest książką potrzebną. Jej symbolika jest niesamowicie prosta i jasna, ale zarazem zdaje się mieć drugie dno, które każdy może odszyfrowywać na własną modłę. Powieść jest wyrazem tęsknoty za tym co pierwotne, za poszanowaniem dla natury i harmonijnym współistnieniem z tym co nas otacza. Stanowi także jasne oskarżenie i wytknięcie ludziom ich głupoty. Moje odczucia względem książki są dosyć skrajne, gdyż dostrzegam jej zalety tak samo wyraźnie jak wady, jednak niewątpliwie dostałam się pod działanie jej uroku i na te drugie jestem w stanie przymknąć oko. Jestem wdzięczna autorowi za możliwość wyciągnięcia własnych wniosków z lektury, ale także za rozrywkę, którą mi zapewniła.

Na plus:
- uniwersalność czasowa
- fantastyczny styl
- więcej akcji, konfrontacji między bohaterami
- pomysł
- wyraźny ukłon w stronę baśniowości
- wydanie

Na minus:
- skumulowanie realizmu z magią i zjawiskami nadnaturalnymi może zniechęcić czytelników oczekujących rasowego postapo.

Ocena: 4+/6

Autor: Robert McCammon
Cykl: Łabędzi śpiew tom II
Tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
Liczba stron: 552
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc 2014
Cena: 42,90 zł

*************

OCENA CAŁOŚCI: 5/6

06 kwietnia 2014

Robert Kirkman, Jay Bonansinga - Żywe trupy. Upadek Gubernatora tom I

W telewizji właśnie dobiegła końca emisja czwartego sezonu serialu The Walking Dead i choć, tak fanom serialu, jak i komiksowego pierwowzoru, wiadomo już od dawna, jak wyglądał upadek najmroczniejszego charakteru od czasów Hannibala Lectera, czyli Gubernatora, to jednak okazuje się, że trzeci tom literackiej serii The Walking Dead może wnieść jeszcze sporo świeżości w znaną historię walki między mieszkańcami miasteczka Woodbury, a grupą okupującą więzienie.

Po dramatycznych wydarzeniach przedstawionych w Drodze do Woodbury i nieudanym zamachu stanu na rządzącego twardą ręką Gubernatora, Lilly Caul próbuje nie wychylać się i żyć spokojnie z dala od wszelkich kłopotów. Kiedy w miasteczku pojawia się troje podróżników, dziewczyna stara się trzymać od nich z daleka. Sprawy w jej życiu nieco się komplikują przez co postanawia zawierzyć Gubernatorowi, powtarzając uparcie mantrę, że ciężkie czasy potrzebują ciężkich rządów. Z kolei Phillip Blake, czyli rzeczony Gubernator nie lubi obcych, tak więc przybyłą do Woodbury grupę, postanawia przywitać w znanym już stylu. Rick, Michonne oraz Glenn będą musieli przejść piekło aby powrócić do swoich bliskich.

Z całą odpowiedzialnością mogę potwierdzić, że kolejna książka spod pióra Jay’a Bonansinga oraz Roberta Kirkmana trzyma poziom poprzedniczek. Jest to chyba jedna z najlepszych serii zombistycznych, ustępująca jedynie cyklowi Zmierzch świata żywych (choć zapewne jest to teoria dla wielu dyskusyjna). Autorzy w genialny sposób przedstawili nieznaną historię miasteczka Woodbury oraz jego mieszkańców. Wszystkie elementy opowieści doskonale do siebie pasują, a książka wkomponowuje się w pozostałe elementy tworzące obszerne uniwersum TWD.

Ważnym elementem fabularnym jest zepchnięcie na drugi plan opisów walk z truposzami. Nie stanowią już one głównej osi książki. Teraz wyraźnie już widać, że autorzy skupiają uwagę czytelników na pogłębiających się zmianach zachodzących w psychice Gubernatora. Nie umniejsza to jednak napięcia, które rośnie z każdym kolejnym rozdziałem, co więcej przesunięcie siły ciężkości na społeczno-psychologiczne wątki wyszło książce na dobre.

Potwierdza się więc to, o czym pisałam w poprzednim artykule dotyczącym Droga do Woodbury. Otóż, Kirkman ma wciąż głowę pełną pomysłów, a Bonansinga w iście mistrzowskim stylu przelewa je na papier. Jedynym niezrozumiałym dla mnie faktem jest podzielenie ostatniego tomu na dwie części, ale przyznam szczerze, że nie próbowałam się dowiedzieć co jest tego przyczyną, tak więc nie będę tego krytykować.

Na plus:
+ bohaterowie
+ nowatorskie pomysły
+ zwroty akcji
+ skupienie się na postaci Gubernatora

Na minus:
- podział ostatniego tomu na dwie części

Ocena: 6/6

Autor: Jay Bonansinga, Robert Kirkman
Cykl: The Walking Dead tom III
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Liczba stron: 340
Wydawnictwo: SQN 2014
Cena: 34,90 zł

Recenzja ukazała się na portalu KOSTNICA.

03 stycznia 2014

Rhiannon Frater - Oblężenie

Po lekturze dwóch pierwszych części cyklu Zmierzch świata żywych przyszedł czas na ostatnią. Muszę przyznać, że jest mi niespodziewanie trudno rozstawać się z bohaterami trylogii, która, gdyby ją zekranizować, mogłaby namieszać bardziej niż The Walking Dead.

W poprzedniej książce mieszkańcy Ashley Oaks musieli stawić czoło nie tylko żywym trupom ale także bandzie zdegenerowanych ocalałych, którzy na zgliszczach cywilizowanego świata postanowili rozpocząć budowę makabrycznego królestwa, w Oblężeniu, czyli ostatniej części trylogii po raz kolejny okaże się, że chodzące martwaki nie są jedynym zagrożeniem, jakie czeka na bohaterów. Naprawdę nie chce zdradzać zbyt wielu szczegółów fabularnych, nie mniej jednak autorka miała naprawdę ciekawy pomysł na zakończenie cyklu, musicie mi uwierzyć na słowo.

Zagłębiając się w lekturę Oblężenia momentami zastanawiałam się czy Frater nie przekombinowała zbytnio z pewnymi wątkami, czy nie udziwniła tej historii… Jednak po chwili zdałam sobie sprawę, że nic nie powinno dziwić w lekturze dotyczącej świata opanowanego przez zombie. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę dalsze rozdziały sprawiły mi jedynie dziką przyjemność.

Wydaje mi się, że pisarka przelała na stworzone przez siebie postaci ogromną część swojej osobowości, a że sprawia ona wrażenie osoby lekko zwariowanej i zakręconej tacy są też jej bohaterowie. Właśnie dzięki temu można ich pokochać całym sercem i śledzić ich losy z rosnącym zainteresowaniem.

Przy wszystkich nowych wątkach, które podejmowała w każdej kolejnej części trylogii, Frater nie zapomniała jednak o tym, że dla fanów powieści zombistycznej, to właśnie te stwory są najciekawszymi jej elementami. Nie inaczej rzecz miała miejsce w Oblężeniu. Pisarka kieruje się tu ku tematom społeczno-politycznym (z naciskiem na to drugie) jednak zombie wciąż stanowią zagrożenie i nadal snują się i rozprzestrzeniają po wszystkich rozdziałach powieści.

Tak jak poprzednio, w tym przypadku również stwierdzam, że kolejna część jest lepsza od poprzedniczki, a co za tym idzie cykl tworzy niesamowicie spójną i intrygującą całość. Uroku dodaje książce fakt, iż autorka nikogo nie oszczędza ani swoich czytelników, ani swoich bohaterów… Mam nadzieję, że udało mi się rozbudzić waszą ciekawość. Śmiało sięgajcie po tę pozycję!

Plus:
+ zakończenie
+ podejmowanie ciekawych wątków wpływających na różnorodność fabularną
+ bohaterowie

Minus:
- brak
OCENA: 6/6
Tytuł: Oblężenie
Autor: Rhiannon Frater
Cykl: Zmierzch świata żywych tom III
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Vesper 2013

10 listopada 2013

Rhiannon Frater - Konfrontacja

Stała się rzecz niesłychana! Drugi tom powieści przebił pierwszy. Mówię tu oczywiście o książce Konfrontacja, która stanowi kontynuację Pierwszych dni i wchodzi w skład cyklu Zmierzch świata żywych. Ta fantastyczna trylogia opowiada, nie tylko historię dwóch kobiet zagubionych w świecie pełnym żywych trupów, ale także dosyć licznej, jak się okazuje, grupy ocalałych, którzy próbują sobie radzić, a co więcej, zacząć żyć na nowo w tych dziwacznych realiach.

W ufortyfikowanym śródmieściu miasteczka Ashley Oaks zaczyna przybywać mieszkańców. Wiąże się to oczywiście z różnymi trudnościami i narastającymi napięciami w grupie, która jednak wydaje się radzić sobie w najgorszych momentach. Niestety, zombie nie są ich jedynym wrogiem w tym postapokaliptycznym świecie…

Z całą pewnością czytelnicy, których zachwycił tom pierwszy powieści Rhiannon Frater, sięgną po drugi. Jestem przekonana, ze nie zawiodą się. Kontynuacja jest napisana równie ciekawie, a momenty, w których główną rolę grają zombie wcale nie schodzą na dalszy plan. Autorka wykazała się nie lada pomysłowością, dzięki czemu Konfrontacja jest książką lepszą niż poprzedniczka, a to z kolei oznacza, że obie pozycje prezentują bardzo wysoki poziom. Jedynie zakończenie drugiej części jest być może nieco przesłodzone, choć znajdzie się tam odrobina, tak potrzebnej książkom o zombie, goryczki.

Wydawnictwo Vesper zachęca czytelników do tej lektury określając, że jest to tytuł, który przypadnie do gustu nie tylko miłośnikom The Walking Dead i zdecydowanie zgadzam się z tą opinią. To nie tylko książka dla wielbicieli zombie, to przede wszystkim lektura prezentująca ludzkie lęki i mówiąca o ich nadziejach, a że napisana ze smakiem i wyrafinowaniem godnym najlepszych twórców powieści zombistycznych, to jeszcze lepiej dla zapalonych fanów tematyki.

W październiku bieżącego roku swoją premierę miał trzeci tom cyklu o tytule Oblężenie. Ja sięgnę po niego z całą pewnością, mam nadzieję, że Wy także!

Na plus:
- bohaterowie/nowi bohaterowie
- umiejętne budowane napięcie
- ciągła akcja
- logiczne rozwiązania fabularne
- pomysłowość

Na minus:
- brak
Ocena: 6/6

Tytuł: Konfrontacja
Autor: Rhiannon Frater
Cykl: Zmierzch świata żywych tom II
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Vesper 2013
Cena: 35,90 zł

02 października 2013

Rhiannon Frater - Pierwsze dni


Przez wzgląd na moje nietypowe upodobania nie jestem chyba zbyt wiarygodna w kontekście oceniania literatury zombistycznej, którą wprost wielbię. Postaram się jednak wykazać ogromną dozą obiektywizmu, choć wygląda na to, że pierwsza z trzech części cyklu Zmierzch świata żywych pod tytułem Pierwsze dni broni się sama i wcale mojego obiektywizmu nie potrzebuje, skoro jednak powiedziało się A, trzeba też powiedzieć B.
 
Jenni nie zostało już nic. W momencie, gdy zobaczyła różowe paluszki swojego najmłodszego dziecka, próbujące wyskrobać przez drzwi drogę do wnętrza domu coś w niej pękło. W normalnych czasach mogłaby po prostu otworzyć drzwi i wpuścić dziecko do środka, w normalnych czasach jej dziecko spało by słodko w swoim łóżeczku, jednak to z całą pewnością nie są normalne czasy…

Katie ledwo udało się wyrwać z zakrwawionych rąk oprawcy, panika ogarnia miasto a kobieta wie, że nie ma już po co wracać do domu, gdyż nie czeka tam na nią nic prócz śmierci…

Drogi obu pań krzyżują się, a dzięki temu zdarzeniu każda z nich odkrywa w sobie cechy, o których istnieniu nie miała pojęcia. Wspólnie przemierzają Teksas opanowany przez żywe trupy i w końcu odnajdują w tym popieprzo**m świecie bezpieczną przystań. Jednak co jeśli opłacony krwią jego obrońców fort, dający schronienie ponad setce ocalonych, sprawia tylko takie pozory?

Hasło widniejące na ciekawej, choć nie powalającej, okładce określa powieść Rhiannon Frater, jako historię Thelmy i Louise w świecie The Walking Dead, cóż, o ile zombie ostatnimi czasy kojarzą się praktycznie tylko i wyłącznie z komiksowo-serialowym hitem, o tyle pierwsze porównanie odsyła pamięć czytelników do słynnego klasyka kinematografii i rzeczywiście można znaleźć pewne podobieństwa między bohaterkami lektury i filmu. Nie sposób zresztą nie zauważyć, że autorka czerpała garściami z obu wspomnianych wyżej tytułów.

Pozostając jednak w temacie głównych bohaterek, muszę przyznać, że z początku Jenni bywa niesamowicie drażniąca, choć to właśnie ona przechodzi, wraz z rozwojem akcji, największą metamorfozę. Wydaje się, że pojawienie się zombie oraz utrata praktycznie wszystkich członków rodziny stały się katalizatorem, który uwolnił wewnętrznego demona, który czaił się gdzieś w jej środku. Z Katie natomiast jest odwrotnie, wraz z kolejnymi wątkami, uchodzi z niej powietrze. Jednak ostatecznie, do obu tych bohaterek można zapałać sympatią. Cała rzesza postaci pobocznych stanowi ciekawe tło i ubarwia mrożące krew sytuacje, które raz za razem serwuje czytelnikom Frater.

Rzeczywiście czytając Pierwsze dni nie można się nudzić, i choć autorce daleko do umiejętności kreowania klimatycznych sytuacji, którymi wykazali się Jay Bonansinga i Robert Kirkman przy tworzeniu kolejnych powieści z uniwersum The Walking Dead, to jednak trzeba przyznać, że czytelnik uwielbiający zombie powinien być usatysfakcjonowany.

Rhiannon Frater to autorka debiutująca w dobrym stylu. Nie można jej zarzucić braku pomysłu na swą powieść, tak więc wszyscy twierdzący, że w powieści zombistycznej wszystko zostało już powiedziane powinni ugryźć się w języki, gdyż Pierwsze dni udowadniają, że ten temat nie został jeszcze wyczerpany. Książka jest godna polecenia, tak więc właśnie to czynię. Polecam, a sama spieszę zaopatrzyć się w kolejny tom Zmierzchu świata żywych.

Na plus:
- bohaterowie (i uroczy psiak Jack!)
- umiejętnie budowane napięcie
- ciągła akcja
- logiczne rozwiązania fabularne

Na minus:
- kilka momentów, w których trudno wyobrazić sobie przestrzeń opisywaną
- Jenni jako jedna z głównych bohaterek, jest dosyć irytująca (na początku)

Ocena: 5/6

Tytuł: Pierwsze dni
Autor: Rhiannon Frater
Cykl: Zmierzch świata żywych tom I
Wydawnictwo: Vesper 2013
Ilość stron: 352
Recenzja ukazała się na portalu KOSTNICA.

29 września 2013

Max Brooks - Zombie survival

Mnogość wszelkiej maści poradników, począwszy od tych, które mają pomóc nam zostać mistrzem kuchni, skończywszy na tych, w których zawarte informacje mają nam uratować życie podczas kataklizmu jest onieśmielająca. Jednak ostatnimi czasy na rynku wydawniczym pojawiło się wznowienie jedynego w swoim rodzaju podręcznika technik obrony przed atakiem żywych trupów. Nazwa brzmi dla Was śmieszne, jednak żartem wcale nie jest! Wszak nigdy nie wiadomo, kiedy Matka Natura znudzi się obecnym stanem rzeczy i postanowi zgotować nam odpowiednik książkowego wirusa Solanum, który sprawi, że martwi zaczną grasować na ulicach miast.

Pierwsze wydanie książki Maxa Brooksa (znanego z napisania innej zombistycznej powieści World War Z) ukazało się w 2007 roku, szybko się sprzedało i od kilku lat bardzo ciężko było ją nabyć, dlatego wznowienie stanowi nie lada gratkę dla miłośników szerzącej się zombie zarazy. Dodatkowym atutem rzucającym się w oczy przy pierwszym kontakcie z książką jest jej okładka, zdecydowanie nawiązująca do licznych gier komputerowych w klimacie i oddająca charakter treści zawartych w lekturze bardziej wymownie od poprzedniczki. Czytelnicy nie powinni także narzekać na przejrzystą i wyraźną średniej wielkości czcionkę oraz logiczne rozłożenie treści. Jednak dosyć o tym co można zobaczyć trzymając książkę w ręku w pierwszej lepszej księgarni. Przyjrzyjmy się lepiej jej wnętrzu…

Na wstępie chciałabym podkreślić, że książka ta nie jest beletrystyką, dla niedowiarków: ten poradnik to naprawdę poradnik! Co więcej przeznaczony dla ludzi posiadających ogromną wyobraźnię, dzięki której będą oni w stanie przekonać samych siebie do tego, że przyswajane z niego informacje są rzeczywiście przydatne, a zombie w każdej chwili mogą wyłonić się zza rogu kamienicy bądź też drzewa w pobliskim parku. Każdy czytelnik posiadający nieco bardziej ograniczone zasoby wyobraźni znudzi się wertując Zombie survival w poszukiwaniu pikantnych opowieści z truposzami w tle – a tych w treści jak na lekarstwo.

Jeśli jednak jesteś zombie-maniakem to jest to zdecydowanie propozycja dla ciebie. Można się z niej dowiedzieć: jaka broń będzie najskuteczniejsza do obrony, gdzie najlepiej schronić się podczas pierwszych godzin ataku zombie oraz… gdzie i jak rozpocząć budowę cywilizacji, która z całą pewnością upadła po tym gdy świat ogarnęła panika i chaos. Najwytrwalszym czytelnikom autor zaserwował przepyszną wisienkę na tym krwawym torcie, w postaci dosyć obszernego (ostatniego) rozdziału Zombie na przestrzeni dziejów, z którego możemy dowiedzieć się, kiedy i gdzie zombie (naprawdę!) pojawiły się na świecie i z jakich powodów ani jedna wzmianka na ten temat nie przedostała się do mediów. Oczywiście, trzeba to traktować z przymrużeniem oka, ale przyznam, że w niektóre relacje aż trudno nie uwierzyć.

Zdarzyło mi się spotkać z zarzutem, jakoby ta książka była pisana na potrzeby amerykańskich realiów, i rzeczywiście tak jest (autor przyznaje się do tego) ale moi mili bądźmy szczerzy przecież w Polsce również hodujemy konie, na których można przegalopować przez łąki zalane falą niemrawo kroczących zombie, a z drugiej strony nawet w Ameryce nie tak łatwo będzie zwinąć furgonetkę bankową lub sterowiec. Tak więc, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, nie uważam aby poradnik ten napisany został od czapy a zarzuty tego typu uznaje za nieuzasadnione.

Zombie survival jest książką, którą czyta się szybko, i choć przeznaczoną dla konkretnej grupy odbiorców, z całą pewnością wartą uwagi. Każdy szanujący się zombiofill powinien posiadać ją w swojej biblioteczce, po to by w przypadku zombie apokalipsy (która przecież w końcu nastąpi) nie zasilić szeregów wroga.

Na plus:
- krótkie rozdziały
- nowatorskie podejście do tematu
- wyczerpanie tematu
- uniwersalne rady
- humor

Na minus:
- pozycja niebeletrystyczna
Ocena: 5/6

Tytuł: Zombie survival
Autor: Max Brooks
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2013
Liczba stron: 432
Cena: 34,90 zł

Recenzja ukazała się na portalu PARADOKS.

06 lipca 2013

Dan Wells - Partials. Częściowcy I

Dan Wells zasłynął trylogią książek o nastolatku posiadającym cechy seryjnego mordercy. Kiedy więc pojawiły się wieści o tym, że autor stworzył kolejną serię, zupełnie inną od poprzedniej, bo mieszającą elementy fantastyki z postapokalipsą, czytelniczy światek wprost nie mógł się doczekać. Niestety, już na wstępie przyznam, że książka Partials.Częściowcy nie spełniła pokładanych w niej nadziei ale w ostatecznym rozrachunku stanowi całkiem dobre czytadło niewysokich lotów.

Świat po wielkiej wojnie, którą ludzkość sama sprowadziła sobie na głowę. Częściowcy to sztucznie skonstruowani żołnierze – istoty idealne. Mieli oni zapewnić ludziom ogromne możliwości, stali się początkiem końca. Obecnie garstka ocalałych zmaga się z śmiercionośnym wirusem, który wybił 99% ludzkości i od ponad dekady uniemożliwia przeżycie jakiemukolwiek nowo-narodzonemu dziecku, oraz z oddziałami partyzanckimi. Kira ma szesnaście lat i od lat(?!) asystuje w szpitalach przy porodach, gdyż rządzący wciąż mają nadzieję na to, że urodzi się choć jedno odporne dziecko. Nadzieja ta ma jednak gorsze skutki, gdyż kobiety mieszkające w ostatniej enklawie ludzi są zmuszane po ukończeniu siedemnastego roku życia do zajścia w ciążę. Kira nie mogąc pogodzić się ze strasznym losem i stratą jaka spotka jej najlepszą przyjaciółkę w ciąży a także z przymusem jaki już niedługo czeka i ją postanawia odnaleźć sposób na stworzenie szczepionki przeciw wirusowi. W tym celu będzie musiała sprzymierzyć się z największym wrogiem ludzkości.

Przede wszystkim znów udało mi się negatywnie zaskoczyć, gdyż oto po raz kolejny autor tej czy innej książki wprowadza małoletnią bohaterkę, w której rękach spoczywa los całego świata. Nudnawe to już… Tym bardziej, że Kira niczym specjalnym nie urzeka czytelnika – rzeczywiście jest zdeterminowana i samowystarczalna ale takich bohaterek kreowanych na kilku zasadniczych cechach charakteru mamy na pęczki w innych powieściach. Sztuką jest natomiast stworzenie skomplikowanych i niedających się łatwo zdefiniować postaci, których niestety w Partialsach nie ma.

Ciekawym jest natomiast pomysł na fabułę, choć i tu nie natrafimy na żadną oryginalność. Co więcej intrygi polityczne, gdyż trzeba podkreślić że książka jest politycznie uwikłana i gierki na różnych szczeblach władzy stanowią dosyć sporą jej część, przypominają nieco te z Igrzysk Śmierci - choć i tu ma pewne braki. Gdyby chociaż autor trochę bardziej rozwinął wątek sztucznego człowieka wtedy z całą pewnością powieść nabrałaby polotu i świeżości, jednak nie ma co mówić hop przed skokiem, wszak to dopiero pierwszy tom serii.


Jestem przekonana, że pierwszy tom cyklu Częściowcy będzie w stanie zainteresować ogromną liczbę młodszych czytelników i czytelniczek. Starsi mogą poczuć znużenie zachowaniami bohaterów i dosyć powolnym tempem akcji oraz brakiem oryginalnych pomysłów. Z całą pewnością jednak książka nie jest zła, po prostu zabrakło jej tego niedookreślonego czegoś co sprawia, że lektura wyróżnia się na tle innych jej podobnych.

Ocena: 4-/6

Autor: Dan Wells
Tytuł: Częściowcy
Cykl: Partials tom I
Wydawnictwo: Jaguar 2013
Liczba stron: 480
Recenzja ukazała się na portalu DUŻEKA.