Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horror. Pokaż wszystkie posty

29 czerwca 2015

Robert J. Szmidt - Szczury Wrocławia. Chaos

Kto nie słyszał o książce Szczury Wrocławia autorstwa Roberta J. Szmidta? No właśnie... Powieść polskiego pisarza fantastyki może stanowić encyklopedyczny przykład wspaniałej marketingowej kooperacji autora i wydawnictwa. Świetna kampania internetowa połączona z portalami społecznościowymi oraz wysypem billboardów w kilku największych miastach Polski plus temat, który obecnie jest modny i voilà! Otrzymujemy książkę, której nie mogą doczekać się nawet Ci, którzy myślą, że zombie to termin dentystyczny.

Szczury Wrocławia to nie jedyna polska apokalipsa zombie, ale z pewnością jedna z najlepiej wypromowanych. Z czystym sumieniem można też stwierdzić, że nie jest to najlepsza ze wszystkich książek o umarlakach ale z pewnością należy do takiej grupy. I choć początkowo bałam się, że treść będzie składać się jedynie z nazwisk ludzi, którzy na facebooku wyrazili chęć zginięcia na jej kartach to z czasem obawa ta ustąpiła czystej przyjemności wynikającej z lektury naprawdę dobrze poprowadzonej fabuły.

Akcja powieści rozgrywa się we Wrocławiu w 1963 roku. Właśnie wtedy, w sierpniu, miała miejsce ostatnia w Polsce epidemia ospy prawdziwej. Autor zapożyczył te wydarzenia i zmienił je w pandemię zupełnie innego, bardziej przerażającego rodzaju. W izolatorium na Psim Polu dochodzi do bardzo dziwnego zdarzenia. Przerażeni milicjanci pilnujący tamtego terenu alarmują władze, że odmienieni pacjenci atakują przebywających w ośrodku chorych, personel i ich samych. Do izolatorium zostają wysłane oddziały KBW oraz ZOMO. Dużej grupie odmieńców udaje się jednak oddalić. Wkrótce okazuje się, że miasto i jego mieszkańcy są bezbronni wobec nowej krwiożerczej zarazy.

Autor postanowił zrezygnować z postaci głównego bohatera na rzecz większej grupy postaci, które mają spory wkład w rozwój akcji. Początkowo sądziłam, że będzie to wada tej historii, jednak wraz z zagłębianiem się w kolejne rozdziały zaczęłam nabierać przekonania, że właśnie w tej powieści taki zabieg jest całkowicie na miejscu. Oczywiście w natłoku nazwisk można się nieco pogubić, jednak Szmidt wybrnął z tego obronną ręką, gdyż w miarę płynny sposób prowadzenia narracji skutecznie skupia uwagę czytelnika na fabule. Trudno jest nie dostrzec, że wybór realiów PRL-u sprawił, że łatwo było wkomponować w treści ogromną liczbę nazwisk. Pozwoliło to także na uzasadnienie ich częstego powtarzania i odmieniania. Nie można zatem odmówić autorowi pomysłowości. I choć zrezygnował on całkowicie z próby wyjaśnienia genezy morderczej plagi masakrującej Wrocław to jednak sprytnie zapełnił karty swojej powieści mnogością wydarzeń – o czym najlepiej świadczy fakt, że Szczury Wrocławia przeczytałam od deski do deski, nie pomijając nawet najmniejszego opisu (co niestety zdarza mi się, kiedy książka zawiera dłużyzny).

Mój największy zarzut to brak głębszych treści. Prawdopodobnie Szczury Wrocławia nie miały być książką poważną (nie oszukujmy się, rzadko kto traktuje temat zombie tak pompatycznie, jak np. ja) ale momentami wydawała mi się trochę zbyt komiczna. Zaburzone zostały proporcje między fragmentami opisującymi typowe sceny gore a opisami mającymi napędzać akcję. Prawdą jest, że co chwila coś się dzieje, ale zawsze wtedy pojawia się też jakaś ręka, noga tudzież mózg na ścianie. Jak dla mnie autor odsłonił po prostu zbyt wiele, już na samym początku kumulując obfitość krwawych scen. Przez to, choć podczas lektury zainteresowanie mnie nie opuszczało, już w połowie przestałam odczuwać strach. Zbyt wiele tu dosłowności, dosadności, a zbyt mało tego co przeraża najbardziej bo jest jedynie oczekiwane ale niekoniecznie zastane...

Po mimo tego mankamentu Szczury Wrocławia to naprawdę świetna powieść, w której autor, choć nie uniknął odrobiny kiczu to jednak udźwignął go,  zaprzyjaźnił się z nim i co więcej, przekonał do niego setki czytelników. A jeśli nie uczyni go głównym bohaterem drugiego tomu to może się okazać, że ten cykl wejdzie do kanonu lektur zombijnych.

NA PLUS:
+ pomysł
+ kampania reklamowa
+ mnogość bohaterów
+ świetnie odwzorowane polskie realia PRL-u

NA MINUS:
- zbyt dużo gore
- początkowy chaos wynikający z natłoku bohaterów

OCENA: 5/6

Autor: Robert J. Szmidt
Tytuł: Szczury Wrocławia. Chaos
Cykl: Szczury Wrocławia t. I
Wydawnictwo: Insignis 2015
Gatunek: Horror/Fantastyka
Liczba stron: 544
Cena: 39,90 zł

RECENZJA ZOSTAŁA OPUBLIKOWANA NA PORTALU SECRETUM.

06 maja 2015

Raymond Brenson - Dying Light.Aleja koszmarów

Zombie w owczej skórze, czy jakoś tak - czyli jak 'niezombie' podbiły zombijny świat 

Temat zombie błyskawicznie wypłynął na szerokie wody popkultury. Od dawna wiemy, że zombie są morderczymi potworami (Noc żywych trupów, Świt żywych trupów), niedawno odkryliśmy, że potrafią... kochać (Ciepłe ciała), a za jakiś czas przyjdzie nam zmierzyć się z emocjami, towarzyszącymi przemianie w jednego z nich (Maggie). Świat oszalał na punkcie komiksowych żywych trupów, które zostały przeniesione na ekran telewizyjny (The Walking Dead), czym wywołały jeszcze większe szaleństwo, a ich miłośników wciąż przybywa. Zombie są także popularnymi nemezis dla ocalałych bohaterów umierających światów wykreowanych w grach komputerowych. Jedną z takich gier, sprzedanych na całym świecie w milionowych nakładach jest Dying Light wydawnictwa Techland, a w ślad za nim ruszyło Zysk i S-ka Wydawnictwo, które kilka dni temu wypuściło na rynek literacki prequel gry, zatytułowany Dying Light. Aleja koszmarów. Na szczęście, aby cieszyć się lekturą nie trzeba znać fabuły gry, choć niezaprzeczalnie obydwa tytuły świetnie się uzupełniają.

Na potrzeby powieści wskrzeszono starożytne tureckie miasto Harran, które istnieje tu jako miasto-państwo, szykujące się do Światowych Igrzysk Lekkoatletycznych. Na kilka tygodni przez inauguracją tego wielkiego wydarzenia w mieście pojawiają się dziwne przypadki zachorowań oraz zaginięć. Pewien lekarz zaczyna wiązać ze sobą dziwne zachowania swoich pacjentów oraz niepokojące doniesienia, które napływają z biednej dzielnicy miasta. Próbuje ostrzegać władze przed zagrożeniem dla setek tysięcy turystów, którzy zjadą wkrótce do miasta, jednak ostrzeżenia te pozostaną niewysłuchane...

Mel Wyatt przyjechała do Harranu wraz z rodzicami i młodszym bratem. Nie spodziewała się, że udział w Igrzyskach oraz cała wycieczka do tego egzotycznego miasta stanie się koszmarem wypełnionym istotami, o których do tej pory mogła słyszeć jedynie w filmach grozy. Dziewczyna będzie starała się odszukać swojego zaginionego brata, a jeśli przy okazji uda jej się także znaleźć pozostawione gdzieś w mieście lekarstwo, być może uratuje także swoje człowieczeństwo...



Aleja koszmarów to tytuł, który zadowolił moją dziwaczną potrzebę po obcowania z zombiakami, ale także nieco mnie rozczarował. Dwa główne zarzuty względem lektury dotyczą rozwiązań fabularnych, bowiem po pierwsze zombie w tej książce to nie zombie (albo zombie bardzo... nietypowe) i aby poprzeć moje słowa posłużę się cytatem z 49 strony owej lektury: 

"Z początku ludzie sądzili, że Zarażeni są czymś na kształt filmowych zombie, nieumarłych, którzy wrócili do życia by jeść żywych. Teoria ta została obalona, gdyż Zarażonego można było zabić, a gdy został zabity, już nie wstawał."

Potwory z Alei koszmarów przypominają bardziej te z filmu 28 Dni później. Nie spodobało mi się także to, że bohaterką tej książki jest naiwnie myśląca nastolatka, której losy mogą nie zainteresować starszego czytelnika. Natomiast ogromnym plusem jest na pewno problem z jakim musi się zmierzyć dziewczyna. Mel nie jest zwykłą bohaterką, która stara się przeżyć. Jej podróż ma określony cel, którym nie jest jedynie znalezienie bezpiecznego miejsca, w którym będzie mogła poczekać na ewentualny ratunek. Poniekąd książka ta stanowi przedsmak tego, co chcą (przynajmniej tak można wnosić po obejrzeniu trailera) ukazać twórcy wspomnianego już przeze mnie, zapowiadanego na 22 kwietnia (świat), filmu Maggie. Z premedytacją użyłam tu słowa przedsmak, bowiem autor książki Raymond Benson, potraktował temat przemiany zdrowej istoty w Zarażonego dość pobieżnie, choć to w nim znajdujemy główną oś powieści. Jednak w Alei koszmarów jest to jedynie czynnik popychający akcję do przodu, nie stanowi natomiast przyczynku do tego, by głębiej zastanowić się nad tym, coraz częściej podejmowanym przez media (np. w filmach krótkometrażowych) problemem. Nie jest to jednak wada książki, gdyż sięgając po książkę Bensona nie spodziewałam się intelektualnych rozpraw na tematy egzystencjalne, a jedynie dobrej rozrywki, którą zapewnia!
 


Wspominając o autorze książki nie sposób pominąć jego ogromny wkład w rozwój postaci Jamesa Bonda oraz przyswajanie miłośnikom literatury fabuł innych gier komputerowych, po które przecież nie każdy sięga tak chętnie. Zasiadając do lektury Alei koszmarów, można więc być pewnym, że za tę robotę odpowiada naprawdę odpowiednia osoba. Dying Light. Aleja koszmarów to dobra i solidna powieść, która potrafi zatrzymać bicie serca. Na szczęście tylko na chwilę.

Recenzja została opublikowana na portalu RZECZGUSTU.

17 grudnia 2014

Stephen King - Przebudzenie

Nic się nie stało... nic się nie stało...

Zawsze ceniłam pewną niesamowitą umiejętność fantastycznego obudowywania banalnych historii, którą posiada lub też może posiadał Stephen King. Celowo dodałam stwierdzenie w czasie przeszłym. Poniekąd przez wzgląd na to, że od dawna nie śledzę rozwoju prozy pisarza, tak więc nie wiem czy ta umiejętność nadal przejawia się w jego tekstach, ale przede wszystkim przez wrażenia po lekturze jego najnowszej powieści. Owszem, Przebudzenie jest napisane w znanym kingowskim stylu, jednak brak mu polotu, napięcia i pewnej dawki groteski, którą w przeszłości pisarz tak efektownie dysponował np. w Regulatorach czy Desperacji. Przebudzeniu bliżej do nieudanej (w moim odczuciu) Historii Lisey niż genialnej Misery.

Mija pięćdziesiąt lat od momentu, kiedy pewnego letniego popołudnia na małego Jamiego Mortona bawiącego się żołnierzykami przed domem padł cień. Był to nowy pastor Charles Jacobs, który wraz z żoną i malutkim synkiem właśnie przeniósł się do miasteczka. Urocza trójka od razu podbiła serca wszystkich mieszkańców, którzy tłumnie zaczęli uczestniczyć w życiu kościoła. Niestety, jedna sekunda przekreśla tę sielankę na dobre. Tragedia, jaka spadła na pastora sprawiła, że publicznie wyrzekł się Boga, przez co został zmuszony do wyjazdu. Kilkanaście lat później drogi Jamiego i Charlesa krzyżują się ponownie. Właśnie wtedy okaże się, że ten cień, który padł na młodego chłopca lata temu będzie mu towarzyszył do ostatnich dni na Ziemi, a być może nawet dłużej...

Powieść Przebudzenie zdecydowanie nie jest arcydziełem. Jest to poprawna, dla niektórych być może nawet dobra, ale nie wybitna książka, która mogłaby zostać napisana przez kogokolwiek, ponieważ Stephena Kinga zdecydowanie stać na więcej! Przerażające zakończenie tej książki ma być ponoć najlepszym, jakie wyszło kiedykolwiek spod pióra autora, a według mnie jest proste, banalne, momentami nawet nieco śmieszne. Nie tego oczekuje się od pisarza, który latami przerażał swoimi opowieściami kolejne pokolenia. Gdyby wyciąć niepotrzebne fragmenty z tej książki okazałoby się, że ciekawej fabuły jest w niej tyle co na lekarstwo, co znaczy że mogłoby jej wystarczyć jedynie na długie opowiadanie.


Bohaterowie są oczywiście ciekawi, ale brak im tej swoistej dynamiki i demonizmu, którymi to cechami King obdarzał postacie dotychczas znane z jego powieści. Przede wszystkim obsesja, która zawładnęła pastorem jest przedstawiona dość płytko. Nie daje się wyczuć bólu, jakim jest ona podszyta. We wszystkich dotychczas przeczytanych historiach Kinga zauważałam głębię przedstawionych emocji. Bohaterowie byli tak bardzo realni, że aż przerażali. W przypadku Przebudzenia tego zdecydowanie zabrakło. Wydaje mi się, że będzie to książka idealna jedynie dla najwierniejszych fanów twórczości autora. Reszta może się niestety głęboko rozczarować... bo jedyne co zapada w pamięć po lekturze to przepis na ugotowanie żaby.


Na plus:
+ klimat zbudowany w pierwszych rozdziałach
+ ciekawe postaci

Na minus:
- rozwinięcie fabuły
- mało wiarygodnie przedstawiony motyw obsesji
- mało wiarygodnie przedstawiony moty uzależnienia od narkotyków
- wizja zaświatów śmieszy zamiast straszyć
- zbyt wiele wątków obyczajowych
- cena


Ocena: 2/6

Autor: Stephen King
Tytuł: Przebudzenie (Revival)
Tłumacz: Tomasz Wilusz
Gatunek: Horror/Powieść obyczajowa
Cykl: -
Liczba stron: 536
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2014
Cena: 42,00 zł



Recenzja została opublikowana na łamach portalu RZECZGUSTU.

11 czerwca 2014

Graham Masterton - Śpiączka

„Wielkie nazwisko to nie wszystko…”
Niemal piętnaście lat temu pokochałam twórczość Grahama Mastertona za fantastyczne pomysły, swobodny styl oraz atmosferę grozy uwalniającą się przy każdym przewróceniu kolejnej strony. I chociaż ostatnio mniej czasu poświęcałam na czytanie najnowszych powieści wychodzących spod pióra mistrza grozy to szczerze wierzyłam, że każda kolejna jest lepsza od poprzedniej. Wydana niedawno nakładem wydawnictwa Albatros Śpiączka zmusiła mnie do weryfikacji tak optymistycznego podejścia i pogodzenia się z tym, że jeden z moich ulubionych autorów jest zwykłym śmiertelnikiem, któremu zdarzają się potknięcia.

Główny bohater powieści budzi się pewnego dnia w szpitalu w małej górskiej miejscowości. Nie pamięta kim jest i nie wie co się stało, ale z jego dokumentów wynika, że nazywa się Gregory Merrick a pielęgniarka, która się nim zajmuje zapewnia go, że jego matka i siostra zostały już poinformowane o jego stanie. Mężczyzna uległ poważnemu wypadkowi, był w śpiączce przez dwa miesiące, a teraz czeka go długa rekonwalescencja. Po krótkim czasie spędzonym w klinice, pacjent zamieszkuje w domu Isobel, jednej z mieszkanek osady Trinity. Jego pamięć wcale nie wraca, a to co wmawiają mu wszyscy wokoło wydaje się mu coraz bardziej obce i niewiarygodne. Jego złe przeczucia pogłębiają się, gdy zaczyna zauważać dziwne zachowania członków społeczności, w której przyszło mu wracać do zdrowia. W końcu dochodzi do wniosku, że Trinity nie jest zwyczajnym miasteczkiem i dzieje się tu coś niepokojącego. Na dodatek jego umysł podpowiada mu, że wszyscy go okłamują i wcale nie jest tym, za kogo go mają. Pogłębiająca się paranoja może być wynikiem stresu pourazowego. Jednak co, jeśli rzeczywiście trafił do miejsca, które skrywa mroczną tajemnicę, a mieszkańcy robią wszystko by ukryć jego prawdziwą tożsamość?

Trudno jest jednoznacznie określić czego zabrakło w tej powieści. Myślę, że po prostu po Mastertonie spodziewałam się czegoś dużo głębszego i mroczniejszego. To stanowi mój główny zarzut względem Śpiączki. Nie wydaje mi się, aby wierni fani Mastertona mogli czuć satysfakcję czytając książkę, w której  nie ma charakterystycznych bohaterów, napięcie generowane jest nie poprzez tajemniczą atmosferę budowaną wieloma elementami ale pojedyncze sceny, które same w sobie są dość przerażające, jednak nie pozostają w pamięci na długo.

Śpiączka jest książką przeciętną w każdym calu. Jednak dla czytelników rozpoczynających przygodę z Mastertonem może to być całkiem dobry start. Natomiast tak zwani starzy wyjadacze będą musieli się obejść ze smakiem, gdyż Masterton nie pokazał tu nic nowego, i niestety nie utrzymał genialnego klimatu takich perełek jak Zjawa, Dżin, czy też Drapieżcy.

Na plus:
- nazwisko autora
- początek historii

Na minus:
- pojedyncze przerażające sceny, zamiast stopniowo składającej się w całość opowieści z mrocznym klimatem
- prostota treści
- brak charakterystycznych bohaterów
- irracjonalne zachowania bohaterów
- zakończenie

Ocena: 3/6

Autor: Graham Masterton
Tytuł: Śpiączka
Tłumacz: Małgorzata Rybarczyk
Gatunek: Thriller/Horror
Cykl: -
Liczba stron: 336
Wydawnictwo: Albatros

Cena: 30,10 zł

03 czerwca 2014

Sarah Langan - Zarażeni

Kiedy zombie nie jest zombie, nie jest dobrze…”
Literatura przedstawiająca apokaliptyczne wizje świata opanowanego przez zombie mnoży się obecnie jak grzyby po deszczu. Okazuje się jednak, że nie zawsze reklamowany w taki sposób tytuł rzeczywiście dotyczy zombie, a jedynie czegoś podobnego, co jednak zdecydowanie nie usatysfakcjonuje fanów powstających z grobów umarlaków. Problem ten dotyczy, przeczytanej przeze mnie niedawno książki Sarah Langan Zarażeni. Oczywiście, źle poprowadzona kampania promocyjna i nietrafione hasła reklamowe to nie jedyne wady tej lektury, ale to właśnie przez nie skuszona złapałam się w tradycyjną marketingową pułapkę, a to chyba najtrudniej wybaczyć słabej powieści i jej wydawcy.

Miasteczko Bedfort padło ofiarą katastrofy ekologicznej. Opustoszenie dopadło tak miasto, jak i las je okalający. W pobliskim Corpus Christi życie zdaje się toczyć dalej, a Bedfort stanowi dla mieszkańców ciekawostkę, na tyle kuszącą, że jedna z młodych nauczycielek tamtejszej szkoły postanawia zabrać swoich uczniów na wycieczkę. Tam, w odludnym lesie jeden z chłopców w przedziwny sposób uwalnia moc, która pragnie krwi… Zaraza, która dociera do Corpus Christi zmienia jej mieszkańców w coś głodnego i zdecydowanie nieludzkiego…

Pomysł na historię sennego miasteczka opanowanego przez niespotykanego i niesamowicie zaraźliwego wirusa był naprawdę dobry. Sposób kreowania powieści oraz narracja także się sprawdzają, gdyż są dobrze znane szczególnie czytelnikom powieści Stephena Kinga. Langan tak samo, jak King zwraca w swojej prozie ogromną uwagę na społeczne aspekty życia w małym, zapomnianym przez Boga, miasteczku. Każdy mieszkaniec ma jakiś grzech na sumieniu, tajemnicę, którą próbuje ukryć. Pisarka skupia się w równym stopniu na opisie rozwoju wypadków związanych z rozprzestrzenianiem się zarazy, jak i budowaniu napięcia poprzez odsłanianie sekretów bohaterów. To czego zabrakło w Zarażonych to zdecydowana, mocna i charakterystyczna puenta oraz bohaterowie, których losy czytelnik miałby ochotę śledzić. I tak, z rangi książki zapowiadającej się bardzo dobrze, tytuł ten spadł na pozycję znośnego czytadła, którego zakończenia nie chce się poznawać.

Z drugiej strony czytałam słabsze powieści, w których wyraźnie zaznaczał się brak logiki w rozumowaniu czy też działaniu bohaterów, a czasem nawet samego autora tudzież autorki, dlatego wszelkie skrajnie krytyczne opinie uważam za nieco przesadzone.
Na plus:
- pomysł
- początkowo szybki rozwój akcji
Na minus:
- chybione hasła reklamowe
- brak puenty
- podobni do siebie bohaterowie
- stopniowe zwalnianie tempa rozwoju akcji
- cena
Ocena: 3/6
Autor: Sarah Langan
Tytuł: Zarażeni
Tłumacz: Maciej Nowak-Kreyer
Gatunek: Horror
Cykl: -
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Amber 2010
Cena: 34,80 zł

Recenzja ukazała się także na portalu SECRETUM.

06 stycznia 2014

Charlie Higson - Wróg

Jeśli wśród czytelników znajdują się osoby, które zapoznały się z Władcą much Goldinga, to z pewnością pamiętają dojrzałość, którą charakteryzowała się ta książka oraz wspaniały pomysł, na jakim oparta została fabuła. Wróg Charliego Higsona upadł niestety bardzo daleko od przysłowiowej jabłoni, którą (w tym przypadku) jest wyżej wymieniona lektura. Choć, w zarodku, zapewne mógł pretendować do miana literatury na wysokim poziomie.

Londyn opanowała tajemnicza zaraza, która zmienia wszystkich dorosłych w krwiożercze bestie wyglądem przypominające zombie, tyle że zorganizowane i jako tako myślące. Grupa dzieciaków próbuje przeżyć z dnia na dzień i nie zastanawiać się nad swoją przyszłością. Jednak pewnego dnia trafia do nich przybłęda. Dziecko twierdzi, że szukało ich oraz innych ocalałych i proponuje im przeniesienie w miejsce nienarażone na ciągłe ataki ze strony dorosłych, a przy tym całkowicie opanowane przez inną grupę małoletnich, którzy są chętni do przyjęcia nowych. Bohaterowie wyruszają w niebezpieczną podróż ulicami Londynu. Nie wszyscy dotrą na miejsce, nie wszyscy dotrwają do końca tej historii.

Największymi wadami powieści są jej nieklasyfikowalność pod względem wieku odbiorców oraz zakończenie. Cała reszta mieści się gdzieś pomiędzy przeciętną a powyżej przeciętnej, co wskazuje na to, że Wróg wcale nie jest taką złą książką. Jednak wracając do minusów, to mnie, jako dorosłemu czytelnikowi niektóre momenty wydawały się mało ciekawe, lub też jawnie dziecięco-naiwne. Było mi także trudno utożsamić się z bohaterami, którzy mieli od 4-ech do 13 – 14-nastu lat. Z kolei nastolatek, któremu lekturę pożyczyłam stwierdził, że są w niej momenty drastyczne, których wolałby nie czytać. Natomiast zakończenie było dla mnie całkowicie niezrozumiałe, ale może taki odbiór był wynikiem braku zaangażowania w lekturę.

Zaletą książki jest jej wydanie, oprawa jest interesująca (choć nie powalająca) a brzegi kartek są czarne, co komponuje się z okładką takiego samego koloru. Jedyny mankament to przekład niektórych dialogów – mam wrażenie, że gdyby tłumacz wykazał się odrobiną finezji mogłyby one brzmieć lepiej.

Jeśli chodzi o plusy fabularne, to autor z całą pewnością chciał oddać odczucia towarzyszące małoletnim bohaterom podczas czegoś podobnego do końca świata, jednak wydaje mi się, że nie do końca mu się to udało. Opisany świat przedstawił pobieżnie, prawdopodobnie w myśl zasady, że liczy się cel a nie droga do niego – zapomniał jednak, że jest odwrotnie. Z drugiej jednak strony wspomniany już przeze mnie nastolatek, którego jedną opinię zdążyłam już wyrazić wspomniał mi także o tym, że książka jest świetna… Tak więc zdecydowanie jest to pozycja dla młodszego czytelnika, jednak rodzicom radzę wpierw zapoznać się z lekturą, a dopiero potem prezentować ją swoim pociechom.

Na plus:
+ wydanie
+ pomysł
+ fakt, że młodszemu ode mnie czytelnikowi książka przypadła do gustu

Na minus:
- pobieżne przedstawienie świata
- brak jasno określonego wieku odbiorców
- (dla mnie) bohaterowie-dzieci
- porównanie tej książki do Władcy much
- niektóre dialogi
- zakończenie

Ocena: 3/6

Autor: Charlie Higson
Tytuł: Wróg
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Świat Książki 2010
Cena: 32,90 zł

03 stycznia 2014

Rhiannon Frater - Oblężenie

Po lekturze dwóch pierwszych części cyklu Zmierzch świata żywych przyszedł czas na ostatnią. Muszę przyznać, że jest mi niespodziewanie trudno rozstawać się z bohaterami trylogii, która, gdyby ją zekranizować, mogłaby namieszać bardziej niż The Walking Dead.

W poprzedniej książce mieszkańcy Ashley Oaks musieli stawić czoło nie tylko żywym trupom ale także bandzie zdegenerowanych ocalałych, którzy na zgliszczach cywilizowanego świata postanowili rozpocząć budowę makabrycznego królestwa, w Oblężeniu, czyli ostatniej części trylogii po raz kolejny okaże się, że chodzące martwaki nie są jedynym zagrożeniem, jakie czeka na bohaterów. Naprawdę nie chce zdradzać zbyt wielu szczegółów fabularnych, nie mniej jednak autorka miała naprawdę ciekawy pomysł na zakończenie cyklu, musicie mi uwierzyć na słowo.

Zagłębiając się w lekturę Oblężenia momentami zastanawiałam się czy Frater nie przekombinowała zbytnio z pewnymi wątkami, czy nie udziwniła tej historii… Jednak po chwili zdałam sobie sprawę, że nic nie powinno dziwić w lekturze dotyczącej świata opanowanego przez zombie. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę dalsze rozdziały sprawiły mi jedynie dziką przyjemność.

Wydaje mi się, że pisarka przelała na stworzone przez siebie postaci ogromną część swojej osobowości, a że sprawia ona wrażenie osoby lekko zwariowanej i zakręconej tacy są też jej bohaterowie. Właśnie dzięki temu można ich pokochać całym sercem i śledzić ich losy z rosnącym zainteresowaniem.

Przy wszystkich nowych wątkach, które podejmowała w każdej kolejnej części trylogii, Frater nie zapomniała jednak o tym, że dla fanów powieści zombistycznej, to właśnie te stwory są najciekawszymi jej elementami. Nie inaczej rzecz miała miejsce w Oblężeniu. Pisarka kieruje się tu ku tematom społeczno-politycznym (z naciskiem na to drugie) jednak zombie wciąż stanowią zagrożenie i nadal snują się i rozprzestrzeniają po wszystkich rozdziałach powieści.

Tak jak poprzednio, w tym przypadku również stwierdzam, że kolejna część jest lepsza od poprzedniczki, a co za tym idzie cykl tworzy niesamowicie spójną i intrygującą całość. Uroku dodaje książce fakt, iż autorka nikogo nie oszczędza ani swoich czytelników, ani swoich bohaterów… Mam nadzieję, że udało mi się rozbudzić waszą ciekawość. Śmiało sięgajcie po tę pozycję!

Plus:
+ zakończenie
+ podejmowanie ciekawych wątków wpływających na różnorodność fabularną
+ bohaterowie

Minus:
- brak
OCENA: 6/6
Tytuł: Oblężenie
Autor: Rhiannon Frater
Cykl: Zmierzch świata żywych tom III
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Vesper 2013

16 września 2013

Carla Mori - Krew, pot i łzy

Co jest potrzebne aby stworzyć naprawdę ciekawe dzieło literackie? Jest kilka elementów składających się na sukces powieści np. świeży temat, chwytliwy tytuł, ciekawi bohaterowie oraz odrobina talentu. Wszystko to, i więcej, można znaleźć w debiutanckiej powieści Carli Mori pod tytułem „Krew, pot i łzy”. Polska autorka (niech Was nie zmyli obco brzmiący pseudonim artystyczny) pokusiła się o podjęcie tematu tabu, szczególnie w naszym nad wyraz katolickim kraju. Mamy tu więc Kościół, a co więcej jego tajemnicze eksperymenty z praktykami magicznymi. Jednak wyszło to powieści na dobre, gdyż czyta się ją naprawdę dobrze i z zainteresowaniem.

Młoda dziennikarka Klara zostaje oddelegowana z pracy do Częstochowy, swojego rodzinnego miasta, by napisać banalny artykulik na temat korupcji prezydenta tegoż zacnego miasta. Jednak spotkanie z Zuzą – przyjaciółką z dawnych lat, a obecnie odnoszącą sukcesy panią prokurator – owocuje intrygującym tematem, który szybko i bez reszty wciąga Klarę. Tajemnicze morderstwa, niewyjaśnione zdarzenia, magia i ogromna dawka grozy... Czy Klara poradzi sobie z tak trudnym zadaniem, którego sama się podjęła? Czy ściągnie na siebie gniew kogoś posiadającego naprawdę ogromną moc, z której istnienia kobieta nie zdaje sobie sprawy? Jakie tajemnice skrywają mury częstochowskiego klasztoru? Wszystkie te zagadki znajdą swoją odpowiedź w finale książki „Krew, pot i łzy”.

Powieść Carli Mori stanowi swoiste połączenie kryminału i horroru z domieszką gore. Widać tu dosyć spore inspiracje twórczością Grahama Mastertona, który raczy swoich czytelników, tak jak Mori, solidną dawką makabrycznych opisów, które sprawiają, że powieści naprawdę nabierają wyrazistości. Tak właśnie jest z debiutancką książką Mori. I choć makabreska w literaturze ostatnio znów wkracza na salony, to jednak dawno nie czytałam tak dobrej i zrównoważonej powieści zawierającej tego typu elementy. Większość autorów wyraźnie przesadza z ilością gore w swoich książkach, natomiast Carla Mori doskonale wie jak zachęcić do swojego dzieła różnych odbiorców, stosując złotą zasadę „dla każdego coś miłego”.

Główna bohaterka powieści jest osobą ciekawą i naturalną, choć ja zapałałam szczególną sympatią do prokurator Zuzy. Niemniej jednak autorka starała się nakreślić dosyć wyraźne rysy charakterów reszty postaci, z mniej lub bardziej udanym efektem – choć różnice te nie wpływają na odbiór książki.

Warto też wspomnieć o otwartym finale powieści, który, choć jednych ucieszy
a innych rozdrażni, to z całą pewnością należy do mocnych stron lektury. Autorka przygotowała się do stworzenia tej powieści z ogromną dbałością o każdą, nawet najdrobniejszą informację. Stworzyła intrygującą zagadkę kryminalną i w bardzo zgrabny sposób splotła ją z czarno-magicznymi praktykami chrześcijańskimi. Jestem przekonana, że powieść ta spełni oczekiwania naprawdę dużej liczby czytelników. Moje z pewnością spełniła.

Na plus:
+ debiut
+ ciekawy pomysł
+ podjęcie tematu tabu
+ polskie realia
+ misz-masz gatunkowy
+ otwarte zakończenie

Na minus:
- otwarte zakończenie
- minimalne niedociągnięcia językowe
- delikatnie widoczne braki warsztatowe
- cena

Ocena: 5/6
Autor: Carla Mori
Tytuł: Krew, pot i łzy
Liczba stron: 308
Wydawnictwo: Oficynka 2013
Cena: 32,00 zł

Recenzja ukazała się na łamach e-zinu "GRABARZ".

02 czerwca 2013

Żywe trupy - Audiobook

Komiks Żywe trupy  ma już około dziesięciu lat, a jednak popularność zyskał dopiero niedawno za sprawą serialu, który stacja AMC nakręciła na podstawie scenariusza zeszytów The Walking Dead. Popkultura ma to do siebie, że uwielbia wszystko co na szeroką skalę przynosi zysk, nie inaczej rzecz się ma ze wspomnianym komiksem. Okazuje się, że ciężko jest zapełnić rynek wariacjami na temat jednego tytułu i tak oprócz serialu, gry, rysunkowych zeszytów, których, na całe szczęście, końca nie widać, figurek postaci, koszulek i innych gadżetów możliwe jest także wyprodukowanie komiksu w wersji audio, czy też inaczej słuchowiska! Co więcej, produkt ten może zyskać ogromną popularność.

Fabuła słuchowiska Żywe trupy jest zaadaptowanym scenariuszem pierwszego i drugiego tomu komiksu. Słuchacze zostają wprowadzeni w przerażającą, mroczną historię świata opanowanego przez zombie ale nie tylko… Żywe trupy opowiadają przede wszystkim o ludziach – złych, dobrych, odważnych, tchórzliwych i szalonych. Wizja przedstawiona w komiksie, serialu i słuchowisku jest dosyć kontrowersyjna, gdyż wybiega dosyć znacznie poza granice konwencji wyznaczonej przez inne opowieści o chodzących trupach.

Studio Sound Tropez jako pierwsze na świecie postanowiło zrealizować pełnoprawnego audiobooka tego komiksu i wbrew pozorom wyszło im to naprawdę świetnie. Słuchowisko przywodzi na myśl świetne czasy Teatru Polskiego Radia i odświeża tę, nieco już zakurzoną, formę przekazu. Wśród wielu znanych nazwisk zatrudnionych przy realizacji Żywych trupów należy wymienić świetnego Jacka Rozenka, Szymona Bobrowskiego czy też Marię Seweryn oraz doskonałego Krzysztofa Banaszyka, którego kojący i melodyjny głos doskonale oddaje emocje, które powinny towarzyszyć nam w danym momencie fabularnym. Oczywiście, zdarzają się małe lektorskie potknięcia, ale są one nieznaczne i w zasadzie nie wpływają na odbiór audiobooka. Po prostu nieco słabiej wypadają głosy drugoplanowe. Ogromnym plusem jest też fakt, że choć słuchowisko jest adaptacją komiksu to jednak jego twórcy postanowili odejść nieco od pierwowzoru, a uzyskali to poprzez wprowadzenie nieco innych dialogów, dzięki czemu osoby zaznajomione z zeszytami, choć znają rozwój wypadków nie nużą się.

Najważniejszym atutem słuchowiska jest jego ścieżka dźwiękowa. Odgłosy otoczenia, charakterystyczne pomruki zombie, strzelaniny i dobrze dobrana muzyka sprawiają, że słuchacz bardzo łatwo wtapia się w historię, która niemal go otacza. Właśnie tak powinien być zrealizowany dobry audiobook. Osobiście nigdy nie przepadałam za taką formą książki, jednak słuchowisko, z całym swoim dźwiękowym ukazaniem świata przedstawionego i różnorodnością bohaterów zmieniło ten pogląd, ukazując nową formę rozrywki.

Polecam słuchowisko w szczególności miłośnikom serii The Walking Dead osoby zaczynające z nią przygodę odsyłam do sięgnięcia najpierw po komiksy a następnie po słuchowisko, jako doskonałe uzupełnienie kolekcji. Jeśli jednak nie lubicie komiksów lub też najzwyczajniej w świecie wolicie taką formę rozrywki to zapewniam Was, że nie zawiedziecie się. Jeśli więc chcecie by Żywe trupy towarzyszyły Wam na co dzień np. w drodze do pracy, bądź podczas codziennych bądź wieczornych domowych czynności to nie pozostaje mi nic innego niż polecenie zakupy słuchowiska Żywe trupy. Pierwsze słuchowisko zostało zrealizowane na podstawie dwóch pierwszych zeszytów komiksu, a kolejne czekają już na adaptację.

Ocena: 5/6

Na plus:
- doskonale zrealizowane pod względem technicznym słuchowisko
- sugestywne przedstawienie uniwersum The Walking Dead
- świetni aktorzy zatrudnieni do realizacji słuchowiska
- zachowanie sensu dialogów, ale wprowadzenie niewielkich zmian
- cena
Na minus:
- (co się tyczy nie tylko słuchowiska ale także innych form przedstawienia serii) społeczne wątki są osią historii, co może nie spełnić oczekiwań typowych zombie-maniaków

Autor: Robert Kirkman
Tytuł: Żywe trupy
Seria: Żywe trupy tom I i II
Forma: Słuchowisko
Wydawnictwo: Sound Tropez/Anakonda
Cena: 34,90 zł

Zapraszam też do posłuchania pierwszych piętnastu minut słuchowiska - Żywe trupy.

30 stycznia 2013

Grabarz nr 40

Oto i nadejszła wielkopomna chwila, skompletowano i złożono kolejny numer GRABARZA a w nim:
- Wiele ciekawych recenzji
- Wywiad ze Stefanem Dardą
- Temat numeru, czyli Puppet Master
- Artykuł na temat zbeletryzowanego scenariusza Obcego
- wiele, wiele innych
Zachęcam wszystkich miłośników grozy do sięgnięcia.

29 stycznia 2013

Antologia 13 Ran


W czerwcu 2011 roku wydawnictwo Replika wypuściło na polski rynek antologię 11 Cięć.  Książka została różnie przyjęta w środowisku recenzenckim. Pojawiały się komentarze dotyczące przypadkowego wyboru opowiadań oraz kiepskiego tłumaczenia. Następnie światło dzienne ujrzało 15 Blizn. Historie tam zawarte zrobiły dużo lepsze wrażenie na odbiorcach. Pewnie właśnie przez wzgląd na to Replika pokusiła się o wydanie kolejnego zbioru o zachwycającym tytule 13 Ran. Czy nazwiska takich autorów jak Edward Lee, Jack Ketchum czy Stefan Darda były wstanie uratować ów zbiór?

Odpowiadając na pytanie od razu mogę stwierdzić, że nie. Pierwsze co rzuca się w oczy po lekturze 13 Ran to fakt, że opowiadania całkowicie odbiegają od siebie tematycznie, co akurat nie dla wszystkich musi stanowić wadę, nie mniej jednak wprowadza dosyć spory chaos. Opowiadania są także nierówne pod względem wykonania. Można by się spodziewać, że tak szanowani obecnie autorzy będą w stanie zachwycić czytelnika, tym bardziej, że krótkie formy literackie, w pewnych kręgach, uznaje się za dużo łatwiejsze do napisania niż pełnoprawne powieści. Oczywiście, dużo łatwiej jest skompletować jednolitą i trzymającą podobny poziom antologię opowiadań jednego pisarza, niemniej jednak uważam, że w przypadku 13 Ran dobór mógł być bardziej trafny.

Antologię otwiera nijakie opowiadanie Jacka Ketchuma. Pamiętając jego Dziewczynę z sąsiedztwa odczuwałam ogromny niedosyt. Rzeczywiście wrócił on tutaj poniekąd do tematyki społecznej, jednak wniosek jaki nasuwa się po lekturze opowiadań jego autorstwa jest taki, że Ketchum jest po prostu mistrzem długich opowieści. Następnie mamy seksistowskie opowiadanie Roberta Cichowlasa i Kazimierza Kyrcz Jr. Jestem przekonana, że Pragnienie wywoła mieszane uczucia u przynajmniej połowy czytelniczek. Jeśli zaś chodzi o Edwarda Lee, znanego z łamania tematyki tabu i profanowania wszystkiego co cielesne w swoich książkach, to właśnie tego samego można się spodziewać po obrzydliwym opowiadaniu Pan Kadłubek. Kolejne opowiadania prezentują styl lepszy lub gorszy. Na uwagę zasługuje tutaj Stefan Darda, który jako pisarz doskonale rozumie, że aby wystraszyć i zaintrygować nie trzeba pisać o fekaliach, krwi, spermie i seksie; wystarczy natomiast odwołać się do skrywanych ludzkich pragnień i lęków. Ogromnym (i całkiem miłym) zaskoczeniem są opowiadania napisane przez polskie autorki. Polecam zwrócić uwagę, na przewrotnego i szalenie intrygującego Niosącego światło Magdaleny Kałużyńskiej. Natomiast największym rozczarowaniem 13 Ran jest Graham Masterton. Jego opowiadaniu brak sensu, treść jest miałka i strasznie sztuczna, a zakończenie rozczarowuje.

Muszę przyznać, że polscy autorzy mają się całkiem nieźle i wyżej wspomniana antologia jest tego doskonałym przykładem. Porównując ze sobą historie opisane przez zagranicznych pisarzy i naszych rodzimych, ci drudzy wypadają o niebo lepiej. I to chyba jedna z niewielu zalet, dla których warto sięgnąć po ten tytuł. Zbyt mało tu odpowiednio budowanego napięcia i klimatu grozy a zbyt dużo obrzydliwości, nieuzasadnionej przemocy i wulgarnego seksu. Wystarczyłoby delikatnie wyważyć granicę między ilością gore a np. bizarro i ghost story, wtedy na pewno odbiór antologii byłby ciekawszy, a ona sama była by bliższa sercu odbiorców.

Jestem jednak przekonana, że wśród czytelników znajdą się jednostki, które skuszą się na tę pozycję i które będą nią usatysfakcjonowane. Nie mniej jednak od razu odradzam tę antologię kobietom i młodzieży oraz co wrażliwszym czytelnikom, dla których strach mieści się w klasycznej formie budowania napięcia opartej na niedopowiedzeniach i pewnej aurze tajemnicy.

Ocena: 3/6

Tytuł: 13 Ran
Autor: Antologia
Ilość stron: 376
Wydawnictwo: Replika 2012
Cena: 34,90 zł
Recenzja została zamieszczona na portalu PARADOKS.

12 kwietnia 2012

Susan Hill - Kobieta w czerni

„Gdy człowiek umiera w gniewie, jego ostatnia wola posiada moc nadprzyrodzoną, w ten sposób rodzi się klątwa.”

Zdawać by się mogło, iż o Susan Hill wiara usłyszała dopiero po premierze filmu, który powstał na podstawie jej powieści. I chociaż nie wiem jak inni czytelnicy, ze mną tak właśnie było. Co więcej, najpierw obejrzałam „Kobietę w czerni”, później sięgnęłam po lekturę tejże. Przyznam, że nie spodziewałam się tak wielu różnic między tym co zobaczyć można na srebrnym ekranie, a literackim pierwowzorem.

Arthur Kipps to młody notariusz, który zostaje wysłany z Londynu na wieś, aby uczestniczyć w pogrzebie zmarłej niedawno właścicielki Domu na Węgorzowych Moczarach. Jego zadaniem jest też uporządkowanie dokumentów zgromadzonych przez ową damę oraz przygotowanie domu na sprzedaż. Okazuje się, że miasteczko, w którym się zatrzymuje jest niezmiernie urokliwe, a jego mieszkańcy, choć nieco dziwni, są całkiem sympatyczni. Jednak na dźwięk nazwiska zmarłej oraz nazwy domu, którym ma zająć się bohater, wszyscy reagują zdenerwowaniem i wymownym milczeniem. Z czasem Arthur zdaje sobie sprawę, że Dom na Węgorzowych Moczarach nie jest zupełnie pusty, a nękające go upiory są całkiem rzeczywiste i groźne jak nigdy dotąd.

Książka „Kobieta w czerni” jest dosyć specyficzna. Narracja jest pierwszoosobowa, a bohater opisuje po prostu swoje wspomnienia, dzięki temu, łatwo jest poczuć odpowiedni klimat i nabrać wrażenia, że całej historii czytelnik wysłuchuje siedząc przy ognisku. Powieść ma właśnie taki lekko gawędziarski ton. Niestety osoby, które tak jak ja wolą relacje z trzeciej ręki i szybkie tempo, którego nadają wszechobecne dialogi, nie będą usatysfakcjonowane. Forma powieści ma charakter stricte opisowy. Bohater przywołuje swoje przeżycia i odczucia. Ma to oczywiście swój urok, który może zachwycić czytelników lubujących się w opisach stanów emocjonalnych i psychicznych bohatera – to po prostu kwestia gustu.

Nie jest to klasyczny horror. Chociaż, historie o duchach zaliczają się do nurtu grozy, brak tu krwawych scen oraz brutalnych opisów wydarzeń. Groza jest tutaj budowana poprzez specyficzny klimat miejsca w jakim dzieje się akcja. Przenikliwa mgła, ciemność, różne niezidentyfikowane dźwięki oraz wszechobecna niepewność tego co się za chwile stanie – tym właśnie autorka buduje napięcie. Trzeba przyznać, że jest to dobra powieść, która ładnie prezentuje się na półce, jednak dla osób szukających mocnych wrażeń zupełnie się nie nadaje. Książkę polecam tym czytelnikom, którzy lubią się bać, jednak rzadko sięgają po naprawdę przerażające historie. Powieść nadaje się także dla trochę młodszych (np. 13-14 lat) czytelników, właśnie przez to, że jest lekka i brak w niej brutalnych scen.

Moja ocena: 4/6

Autor: Susan Hill
Tytuł: Kobieta w czerni
Wydawnictwo: Amber 2012
Ilość stron: 224