21 maja 2012

Suzanne Collins - W pierścieniu ognia tom 2

„…przyglądał się temu apatycznie i myślał, że nawet groza powszednieje. Nawet śmierć bywa płytka.”

Po tym jak skończyłam lekturę „Igrzysk śmierci”, nie mogłam się opanować i zaraz sięgnęłam po drugą część trylogii, mianowicie „W pierścieniu ognia”. Ze zgrozą i łzami w oczach wróciłam do Panem i czytałam o dalszych losach Katniss i Peety. Muszę przyznać, że ostatni raz tak nieodpartą potrzebę powrotu do świata wykreowanego w głowie autorki, miałam tylko przy trylogii „Las zębów i rąk”, a to znaczy, że naprawdę zostałam wciągnięta w historię.

Kapitol jest zły. Jeszcze nigdy w ciągu 75 lat nikt nie zagrał mu na nosie tak jak Katniss...
Po tym jak okazało się, że ona i Peeta mogą razem wygrać „Igrzyska śmierci” podjęli walkę i kiedy już myśleli, że wrócą do domu, okazało się, że dla kaprysu jedno będzie musiało zabić drugie. Przynajmniej tak chciał prezydent Snow, ale tak się nie stało. W przypływie emocji, być może ze strachu, że straci Peetę, a może w związku z tym, że nie chciała pozwolić, by Kapitol postawił na swoim, wyciągnęła z kieszeni garść trujących jagód i wraz z towarzyszem podjęli decyzję o samobójstwie. Ale Kapitol musi mieć zwycięzcę... dlatego przeżyli. Jednak stolica nie zapomina i będzie szukała zemsty, a najbliższą okazją okażą się rocznicowe – 75 obchody Igrzysk głodowych – „Star crossed lovers” znów trafiają na arenę w roli trybutów, gotowi oddać za siebie życie, jednak tym razem będzie inaczej.

Dalszy ciąg historii Dziewczyny, która igrała z ogniem, czyli Katniss Everdeen jest jeszcze ciekawszy, niż opowieść zaprezentowana w tomie pierwszym. Wydaje mi się, że książka jest bardziej dojrzała i lepiej napisana, poprawił się też język powieści, jakby zmieniał się wraz z jej treścią. Oczywiście, że zawiodłam się wyborami podejmowanymi przez bohaterkę! Jej miłosne rozterki między Peetą a Gale'm, przyprawiały mnie o ból głowy. Z drugiej, jednak strony szybko uświadomiłam sobie, że mimo tak traumatycznych przeżyć, ma ona ledwo siedemnaście lat – trudno, żeby w takim wieku wiedziała już czego chce w przyszłości, tym bardziej tak niepewnej i niewyraźnej. Natomiast Peeta oczarował mnie jeszcze bardziej. Choć jego obecność w książce została lekko zredukowana. Żałuje, że tak niewiele dowiadujemy się o jego poglądach. W tej części autorka ewidentnie postanowiła z niego zrobić tragicznego kochanka. Mimo wszystko lektura „W pierścieniu ognia” wycisnęła mi o wiele więcej łez niż jej poprzedniczka.

Wyjątkowo podoba mi się ukazanie relacji społeczeństwa z władzą oraz kontrastu między Dystryktami a Stolicą. I mimo tego, że Prezydent Snow jest czarnym charakterem, to przyznaję, że ciężko jest ukryć podziw dla jego postaci, jest on idealnym przykładem przedstawiciela władzy dążącego po trupach do celu, a przy tym nielekceważącego przeciwnika. W drugiej części już wyraźnie widać, że książka ta nie jest płytką opowieścią o kolejnym trójkącie miłosnym, a raczej ów trójkąt jest barwnym tłem dla opowieści o tym, że lud nawet najbardziej gnębiony i zlękniony potrafi podnieść się i wyciągnąć rękę po swoje... po sprawiedliwość, potrzebuje tylko głosu, który za niego przemówi.

Moja ocena: 6/6

Tytuł: W pierścieniu ognia tom 2
Autor: Suzanne Collins
Ilość stron: 350
Wydawnictwo: Media Rodzina 2009

Suzanne Collins - Igrzyska śmierci tom 1


"Każde zawody wydają się uczciwe, jeśli wszyscy zostali oszukani"* 

Zamieszanie jakie ostatnimi czasy rozpętało się wokół antyutopijnej trylogii „Igrzyska śmierci”, niestety według mnie nie działało na korzyść tejże. Nie miałam, więc zamiaru sięgać po książkę, aż do czasu, kiedy wybrałam się do kina na 'Igrzyska śmierci”. Po seansie wiedziałam już, że moim błędem było lekceważenie tej powieści, a błędem wydawnictwa było prowadzenie kampanii reklamowej na odcinaniu kuponu od sukcesu „Zmierzchu”, gdyż jedno z drugim niewiele ma wspólnego.

Na gruzach dawnej cywilizacji, powstało Państwo Panem ze stolicą - Kapitolem, otoczonym Trzynastoma Dystryktami. Lata temu mieszkańcy dystryktów podjęli walkę, by wyzwolić się spod jarzma kapitolskiej władzy, jednak rządzący zwyciężyli i zmietli Trzynasty dystrykt z powierzchni Ziemi. Od tamtej pory w ramach przestrogi i "ku pamięci" mrocznych dni jakie nastąpiły, władze organizują tzw. 'Igrzyska śmierci”. Co roku, każdy Dystrykt musi wytypować jedną dziewczynę i jednego chłopaka w wieku od 12 do 18 lat, którzy staną do walki na śmierć i życie z innymi trybutami, aż zostanie tylko jeden. Dla 16 letniej Katniss Everdeen, mieszkającej w Dwunastym Dystrykcie, 74 „Igrzyska śmierci” będą wyjątkowe, przede wszystkim dlatego, że zgłosiła się wystąpić w roli trybuta z własnej woli, chciała tym samym uratować od pewnej śmierci na arenie swoją 12 letnią siostrę Prim. Jednak to, co wydarzy się podczas Igrzysk odmieni życie nie tylko Katniss, ale także mieszkańców wszystkich Dystryktów oraz stolicy.

Autorka miała niesamowity pomysł, który, choć wykorzystywany przez innych pisarzy, chyba nigdy nie był tak bliski czytelnikowi. Suzanne Collins stworzyła niesamowitą historię walki uciśnionego społeczeństwa, przeplataną dramatami jednostek, miłością, strachem, nienawiścią i całą gamą innych emocji. Chociaż język powieści jest dosyć prosty i ubogi to w zasadzie nie razi w oczy. Ba! Jest nawet doskonale dostosowany do historii, którą opisuje – tym samym pisarka uniknęła przerostu formy nad treścią.

Bohaterowie bardzo szybko stają się bliscy sercu. Katniss jest zwyczajną dziewczyną, która kocha swoją rodzinę. Jest w stanie zjednać sobie sympatię tak reszty bohaterów, jak czytelników i chociaż nie jest przebojowa to daleko jej też do bycia pionkiem i mimozą bez charakteru. Peeta, chłopak z jej dystryktu, który ląduje z nią na arenie, jest według mnie jeszcze bardziej pociągający. Wydaje się być w 100% oddany sprawie, a do tego jest lojalny i w pewien sposób krystalicznie czysty, co w rękach nieudolnego pisarza byłoby wadą postaci, jednak w rękach Collins staje się wyjątkowo silnym magnesem, przyciągającym do kart tej historii. Reszta postaci także urzeka różnorodnością oraz wyjątkowością, szczególnie zapadła mi w pamięć mała Rue oraz groteskowo zabawna Effie.

Zachęcam Was do wyzbycia się wszelkich uprzedzeń do powieści, które wywołują tak ogromne zachwyty. Zawsze wydawało mi się, że świadczy to jedynie o tym, że lektura jest na tyle płytka, że jest w stanie spodobać się każdemu. Jednak „Igrzyskom śmierci” zwracam honor. Niesamowite, jak autorce udało się połączyć tak wiele wątków i kwestii, nie komplikując przy tym historii. „Igrzyska śmierci” reklamuje się, jako romans – jednak nie dajcie się zwieść, owszem miłosny trójkąt jest tutaj ważnym elementem, ale potrafi ustąpić miejsca innym relacjom. Nie wiedzieć czemu, ale pod względem ukazania problemów społecznych ta powieść bardzo przypomina mi „Wielki marsz” Stephena Kinga.

Moja ocena: 5/6

Tytuł: Igrzyska śmierci tom 1
Autorka: Suzanne Collins
Ilość stron: 352
Wydawnictwo: Media rodzina 2009

* Cytat z powieści "Wielki marsz" S. Kinga

08 maja 2012

Kendare Blake - Anna we krwi


Z racji tego, iż nawiązałam współpracę z dziewczynami z NASZYCHRECENZJI, tu zamieszczam tylko wstęp do swojej recenzji natomiast "czytaj więcej..." odsyła na ich stronę z resztą recenzji.

Okładka książki Kendare Blake „Anna we krwi” przyciągnęła mnie niczym magnes przyciąga metal. Widniejąca na niej hipnotyzująca postać odziana w biel i szkarłat wzbudziła moje zainteresowanie, a sugestywny opis sprawił, że poczułam dreszcz emocji, jaki mogą wzbudzić jedynie klasyczne i oparte na dawnych wierzeniach historie o duchach. Książka już od pierwszych stron ujęła mnie specyficznym klimatem i lekkością prowadzenia narracji, choć wydawało mi się na wstępie, że będę miała do czynienia z typowym paranormalnym romansem. Czemu więc dałam się ponieść tej opowieści?


Najlepsze recenzje kwietnia

Wracam do comiesięcznej tradycji. Wybrałam jak zwykle pięć, według mnie najciekawszych, recenzji innych blogerów w minionym miesiącu. Oto ich lista. Zachęcam do przeczytania:


Isadora: Robert McCammon - Magiczne lata
Fenrir: Terry Pratchett - Niuch
Panna Migotka: Steve McQueen - Wstyd (film)
Kasandra-85: Maggie Stiefvater - Ukojenie
Bsz: Katherine Dunn - Jarmark odmieńców

Polecam!

07 maja 2012

Jonathan Stroud - Herosi z Doliny


„Legendy uczą, należy je czcić i hołdować im, jednak czasem trzeba wychylić nos z ich cienia i spróbować stworzyć własną”
Któż z nas, będąc dzieckiem i mając ku temu sposobność, nie lubił wysłuchiwać bajek o dawnych czasach, bez względu na to czy bohaterowie byli prawdziwi czy nie? Baśnie uczą, pokazują pewne drogi i strzegą przed popełnianiem błędów. Jeśli jeszcze mamy pod ręką wytrawnego gawędziarza, takie legendy mogą zasiać w sercach słuchaczy prawdziwe męstwo oraz odwagę. Na takiej właśnie legendarnej historii postanowił oprzeć swoją opowieść „Herosi z Doliny”, Jonathan Stroud. Czy pisarz ten okazał się wytrawnym gawędziarzem? Nawet bardzo.

Wieki temu dwunastu herosów, założycieli wielkich domów w Dolinie, stoczyło pojedynek z potworami nękającymi jej mieszkańców. Wszyscy zginęli, ale udało im się oczyścić ziemie z krwiożerczych bestii. Od tamtej pory po dziś dzień legenda o Wielkich jest przekazywana z ust do ust, a ludzie choć odzyskali spokój, nauczyli się też zasad na jakich, ów spokój został oparty. Nie mogli przekraczać kurhanów, w których spoczęli zabici herosi, gdyż poza nimi czyhało na nich niebezpieczeństwo, jednak życie toczyło się dalej a oni przyzwyczaili się do nie wychylania nosa ze swoich bezpiecznych domów. Aż do dnia, kiedy narodził się pewien chłopiec, który w żaden sposób nie przypominał żadnego bohatera.

Halli wyrósł na legendzie o dwunastu poległych i dzięki nim zapragnął stworzyć własną. Chciał być wielki, i chciał by i o nim ludzie opowiadali kiedyś dzieciom. I rzeczywiście był mu pisany taki los. Wraz z Aud, córką arbitra innego wielkiego Domu, postanowił on przeżyć wielką przygodę. Chęć ta zaprowadziła ich do celu o jakim nawet nie śnili oraz do odkryć, które zmroziły im krew w żyłach, to pozwoliła im także odmienić ich życie.

Muszę przyznać, że wcześniej nie miałam pojęcia o istnieniu tego autora. Choć stworzył on powszechnie znaną i lubianą trylogię Bartimaeusa, myślę, że spora część polskich czytelników także trwała w nieświadomości. „Herosi z Doliny” to pouczająca i zabawna historia o chłopcu, który chciał zobaczyć świat, o młodzieńczej pasji i dążeniu do wielkich czynów.

Gdyby połączyć umiejętność kreacji świata Tolkiena i płynny oraz zabawny styl Pratchetta to otrzymalibyśmy właśnie charakter literacki Jonathana Stroud’a i chociaż autorowi brakuje jeszcze trochę do tych wielkich pisarzy to jednak jego powieść czyta się łatwo i przyjemnie. Myślę, że nie warto określać przedziału wiekowego dla jakiego adresowana jest powieść „Herosi z Doliny”. Książkę można swobodnie czytać nieco starszym dzieciom do poduszki lub samemu będąc dojrzałym lub mniej czytelnikiem. Jest to ciepła opowieść, która potrafi zaskoczyć, mimo tego, że jest tak samo niepozorna jak bohater, o którym opowiada.

Moja ocena: 5/6
Tytuł: Herosi z Doliny
Autor: Jonathan Stroud
Ilość stron: 384
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 2010

Jacqueline Carey - Santa Olivia

„Zemsta jest słodka lecz uważaj bo Santa Olivia nigdy nie zapomina”

Jacqueline Carey to młoda pisarka tworząca dzieła głównie z gatunku fantasy. Jej debiutancka powieść „Strzała Kusziela”, opublikowana w 2001 roku odniosła niebywały sukces i choć jej ostatniej książki „Santa Olivia” do tego gatunku nie można zaliczyć, bynajmniej nie w czystej postaci to jednak posiada magię, równą wielu powieściom fantasy.

Santa Olivia to zapomniane przez Boga i człowieka miasteczko znajdujące się w strefie buforowej między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem. Miasteczko nienależące do nikogo i rządzące się własnymi prawami. Nie ma w nim litości, nie ma też z niego ucieczki. Ludzie przez lata nauczyli się w nim żyć, przystosowali się tak, jak tylko było to możliwe i czas mijał. Lecz pewnego dnia pojawił się mściciel, który dał ludziom nadzieję na lepsze jutro.

Loup Garron to mała dziewczynka obdarzona niezwykłą mocą. Nie jest ona superbohaterką jednak posiada kilka cech, dzięki którym spokojnie mogła by pretendować do tego tytułu. Posiada też grupę niezwykłych przyjaciół, wychowanych w sierocińcu i gotowych oddać wiele by odmienić coś w losie swoim i ludzi mieszkających w Santa Olivia. Pewnego dnia Loup będzie musiała podjąć decyzję, która zaważy na jej dalszych losach. Będzie musiała pomścić brata, który zginął w skutek nie do końca przypadkowego zrządzenia losu. Będzie musiała wyjść z cienia i pokazać, że pod powłoką zwyczajności kryje się w niej niezwykła siła oraz chart ducha. Czy jej się powiedzie?

Jacqueline Carey jest autorką nietuzinkową. Posiada niezwykłą wyobraźnię oraz niesamowitą umiejętność wprowadzania czytelnika w świat przez siebie wykreowany. Muszę przyznać, że początkowo byłam sceptyczna wobec powieści „Santa Olivia”. Zupełnie nie przekonywał mnie opis powieści umieszczony z tyłu okładki. Jednak już po kilku minutach spędzonych nad książką wiedziałam, że się pomyliłam.

To co najbardziej fascynuje mnie w tej powieści to fakt, że nie można jej zakwalifikować do żadnego znanego nam gatunku. Powiem więcej, nie jestem nawet w stanie powiedzieć dokładnie o czym jest ta lektura. Zawiera w sobie tyle wątków i tyle elementów, które choć z pozoru nie pasują do siebie to jednak, jakimś dziwnym trafem budują coś niesamowitego.

Jest to opowieść o dojrzewaniu, o niesprawiedliwości, o zemście, stracie i przyjaźni. Mimo tego, że głównymi bohaterami są dzieci to język, jakim posługuje się autorka klasyfikuje tę powieść w grupie książek dla dojrzałych czytelników. Ciekawe jest to, że autorka niczego nie ubarwia i nie upraszcza. „Santa Olivia” urzeka prawdziwością. Bohaterowie są różnorodni a pisarka nie próbuje ich wybielać. Daje czytelnikowi wolny wybór – możesz ich polubić, jednak nie musisz – jednak obiecuje, że bez względu na to jakie uczucia w Tobie wywołają i tak będziesz chciał poznać ich losy.

Mam wrażenie, że moja opinia nie wiele Wam wyjaśniła Moi Drodzy, dlatego zachęcam byście sami przekonali się, jaka jest ta książka. Każdy czytelnik odnajdzie w niej coś, co na pewno sprawi, że zapała sentymentem do owego miasteczka i jego mieszkańców, zanim jeszcze odłoży książkę na półkę. Szczerze polecam „Santa Olivia”, jako powieść nietypową, niezwykle urzekającą i intrygującą. Takiej książki dawno nie było na naszym rynku.

Moja ocena: 5/6

Tytuł: Santa Olivia
Autor: Jacqueline Carey
Ilość stron: 392
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2012

Recenzja znajduje się także na portalu KOSTNICA.

02 maja 2012

Maggie Stiefvater - Drżenie

Małe, zaśnieżone, ponure miasteczko, młoda i zwyczajna dziewczyna, chłopak ukrywający tajemnicę, miłość oraz groza kryjąca się w lesie - brzmi znajomo? Fakt, takich historii znamy na pęczki. Czy można zatem zbudować na tej banalnej i sztampowej fabule, urzekającą i ciekawą historię? Jak widać można. Udowodniła to Maggie Stiefvater, autorka powieści "Drżenie". Książka ta rozpoczyna cykl wydawniczy "Wilkołaki z Mercy Falls", wydanego nakładem wydawnictwa Wilga.

Kiedy Grace była małą dziewczynką, została wywleczona z podwórka do lasu przez stado wilków. Umarłaby tam, gdyby nie... żółtozłote oczy. Leżąc na śniegu i cierpiąc z powodu ugryzień, zobaczyła je w tłumie innych i poczuła spokój, później niewiele pamięta. Najważniejsze, że przeżyła, a od tamtej pory wilk o złotych oczach pojawia się w jej życiu niczym Anioł Stróż, obserwując ją z daleka. Jednak pewnego dnia wszystko ulega zmianie. Kolega z klasy Grace, Jack, zostaje zaatakowany i zabity przez wilki. Dziewczyna nie może w to uwierzyć i stara się stanąć w obronie ukochanych drapieżników. Jednak, wszystko wymyka się spod kontroli, a panika zasiana w umysłach mieszkańców Mercy Falls, zbiera krwawe żniwo w momencie, gdy zapada decyzja o wybiciu stada. Tego samego wieczora, Grace znajduje na swoim tarasie wykrwawiającego się młodego chłopaka o zadziwiająco cudownych, znajomych oczach i postanawia mu pomóc. Co z tego wyniknie? Musicie dowiedzieć się sami.

Paranormalne romanse mają to do siebie, iż albo się je lubi albo nie. W przypadku "Drżenia" wydawca usilnie próbuje nas przekonać, że "jeśli kochasz Zmierzch, pokochasz i Drżenie". Nie jest to zbyt udany chwyt reklamowy, zważywszy na ostatni przesyt "Zmierzchem", wilkołakami, wampirami i innymi podobnymi. Jednak "Drżenie" jest nieco inne, nietypowe, ma w sobie specyficzną magię, wystarczy tylko otworzyć się na nią. I choć można zarzucić autorce nakreślenie swoich postaci na pewnych utartych zasadach to jednak powieść czyta się dobrze i szybko. Nie jest to lektura z wysokiej półki, lecz przez chwile wprowadza w inny świat, gdzie może nie wszystko jest logiczne, ale i być nie musi - bo przecież po to czytamy książki, żeby było inaczej.

Bohaterowie nie rzucają się w oczy i nie charakteryzują się jakimiś wybitnymi cechami, pisarka potraktowała ich dosyć powściągliwie. Jednak uznałam to za dobry omen, gdyż lepiej jest zachować zbytni umiar niż przesadzić w każdą stronę. Zresztą taki styl budowania postaci pozwala lepiej uwypuklić opowiadaną historię. Maggie Stiefvater zachowała umiar i dzięki temu powieść ma, być może nie najwyższy, ale równy poziom.

Jeśli, więc masz ochotę usiąść do tej książki, to sumiennie proszę Cię Czytelniku, zostaw za drzwiami sceptycyzm, a zaopatrz się w gorącą czekoladę, odrobinę pobłażliwości i wiary. Nie doszukuj się logiki, nie zadawaj zbyt wielu pytań, a wtedy zobaczysz, że powieść ta przyniesie Ci wiele radości, a może nawet wzruszeń. Być może na wiosnę stałam się bardziej wrażliwa, ale uwierzcie mi - "Drżenie" może zauroczyć i zaciekawić każdego czytelnika posiadającego odrobinę wyobraźni. Polecam.


Moja ocena: 4/6
Recenzja znajduję się także na portalu DUŻEKA.