Wznowienie
w 2009 roku, przez wydawnictwo Prószyński i S-ka, książki „Wielki marsz”, pierwotnie
wydanej przez Stephena Kinga (jako Richard Bachman) w 1979 roku było genialnym
pomysłem. Mimo, że wydanie to jest kieszonkowe to urzeka ciekawą okładką i
całkiem dobrą redakcją, choć musze przyznać, że nie uniknięto kilku błędów,
choć wydaje mi się, że wynikają one niestety z winy tłumacza. Nie mniej jednak „Wielki
marsz” jest obowiązkową pozycją dla fanów Stephena Kinga i różnorakich wizji
przyszłości.
Stu
młodych, wręcz nastoletnich chłopców bierze udział w corocznym reality show
organizowanym na terenie Stanów Zjednoczonych. Zwycięzca zgarnia nagrodę w
postaci ogromnej sumy pieniędzy, oraz zdobywa uznanie i podziw widzów. Jednak
za jaką cenę? Młodzi mężczyźni decydują się wziąć w nim udział z różnych
powodów, mimo iż stawką w tej „zabawie” jest życie. Zasady są proste, wygrywa najsilniejszy.
Bohaterowie maszerują przez Stany, a meta jest tam gdzie z wycieńczenia padnie
przedostatni. Jednak, to nie wyczerpanie spowodowane bezustannym marszem ich
zabija. Giną z rąk żołnierzy, który zobligowani są do upominania opieszałych
lub słaniających się z nóg uczestników, by w ostateczności karać ich czerwoną
kartką, która w rzeczywistości oznacza po prostu „zarobienie” kulki w łeb. Ray
Garraty jest jednym z maszerujących, i to z jego punktu widzenia obserwujemy
cały przebieg reality show, w którym jak się okaże zwycięzca wcale nie jest wygranym.
Wrażenie
jakie pozostawia po sobie ta powieść nie ulega zatarciu. Pierwszy raz miałam z
nią do czynienia ponad dziesięć lat temu, i przez cały ten czas pamiętałam, jak
skrajne emocje we mnie wzbudziła. Teraz kiedy wróciłam do niej, wraz z nowym
wydaniem, miałam możliwość spojrzenia na nią z perspektywy osoby starszej i
dojrzalszej, co spowodowało, że doceniłam jeszcze bardziej jej walory.
Bohaterzy
są wykreowani pobieżnie, ale charakterystycznie. Uwydatniono ich najważniejsze
cechy, dzięki czemu gama postaci jest różnorodna. Chociaż bohaterowie są
skrajni, a ich postawy mogą wywołać różne emocje, to w ostatecznym rozrachunku
współczujemy każdemu z nich. Jednak, to nie bohaterowie sprawiają, że powieść
ta jest tak dobra. Tym co nadaje tej książce sens są przemyślenia i uczucia
jakie targają uczestnikami tej telewizyjnej rozrywki. Są one opisane tak
dobitnie, tak wyraziście, że czytelnik odczuwa je dokładnie tak mocno jakby sam
był jednym z maszerujących.
Oczywiście,
można zapytać „po co w ogóle brali udział w tej głupiej rozgrywce?” Można też
stwierdzić, że przecież wiedzieli na co się piszą. Jednak spójrzmy na to co już
teraz dzieje się w telewizji. Powstają coraz to nowe teleturnieje i reality
show, które mają za zadanie wniknąć jak najgłębiej w intymność uczestników. A
kim my widzowie zaczynamy się stawać? Im więcej kontrowersji, im więcej
brutalności, wulgaryzmów i seksu, tym więcej „rodzin” zasiada przed
telewizorami? Czyż nie do tego zaczynamy dążyć? By oglądać na ekranie śmierć w
formie „rozrywki”?
Polecam,
gdyż jest to bardzo mądra, dojrzała i zapewniająca intelektualną stymulację
powieść.
Ocena:
6/6
Tytuł:
Wielki marsz
Autor:
Stephen King, jako Richard Bachman
Ilość
stron: 352
Wydawnictwo:
Prószyński i S-ka 2009
