12 lutego 2012

Wojciech Wiktorowski - Upiory Czarnobyla

Powszechnie mówi się, że głupim społeczeństwem łatwiej jest rządzić. A my jako ludzie mamy niestety pewną słabość, jest nią zaufanie jakie pokładamy w mediach i w rządzących. Jednak czy kiedykolwiek zastanawialiście się ile prawdy dostajemy na co dzień od tych, którzy powinni stać na straży naszej wolności i bezpieczeństwa? Odpowiedzi na to pytanie postanowił poszukać bohater książki Wojciecha Wiktorowskiego "Upiory Czarnobyla". Powieść ta została oparta na faktach - na wydarzeniach, zapoczątkowanych przez jeden feralny dzień kwietnia 1986 roku.

Nie pomylę się jeśli powiem, iż wielu zna historię wybuchu reaktora atomowego, mieszczącego się w Czarnobylu na terenach ówczesnego Związku Radzieckiego, ale jaka część z nich zna historię naprawdę? Chmury jakie zawisły wtedy na Europą miały wpływ nie tylko na zdrowie ogromnej rzeszy ludzi, ale także na życie jednostek. "Upiory Czarnobyla" opowiadają właśnie o życiu kilku osób, które w tamtych czasach nie poddały się ogłupiającej machinie, nie chciały pozwolić aby "izotop fałszu" zatruł ich ciała i umysły.
Młody dziennikarz, próbuje rozwikłać tajemnicę śmierci pewnego znajomego fizyka, kwestionującego oficjalne dane dotyczące katastrofy w Czarnobylu, napływające do opinii publicznej. Czy było to morderstwo na zlecenie? A jeśli tak, to kto za tym stoi? Odpowiedzi na te pytania wcale nie będą łatwe, bohater spotyka się z murem milczenia i poznaje smak gorzkiej prawdy, a może nawet porażki?

Powieść jest napisana ciekawie, jednak jest dosyć trudna w odbiorze. W zasadzie do samego końca nie wiemy dokładnie o co chodzi i kto za co odpowiada, niemniej jednak bardzo łatwo można wciągnąć się w opisaną historię - tym bardziej jeśli kogoś, tak jak mnie, fascynują lata 1986-1990 w Polsce. Ciekawym zabiegiem zastosowanym przez autora jest całkowite unikanie nazwisk postaci biorących udział w wydarzeniach, dzięki temu historia nabiera poufnego charakteru, a czytelnik może poczuć dreszcz emocji towarzyszący głównemu bohaterowi. Brak w powieści zbędnych detali sprawia, iż pochłania się ją, jak zgrabnie napisany raport, co niezmiernie wpływa na sposób odbioru "Upiorów Czarnobyla" oraz skraca czas jaki czytający spędza nad lekturą.

Na pewno powieść ta skierowana jest do węższej grupy odbiorców. Trzeba interesować się historią oraz społeczno-politycznymi intrygami by w pełni docenić walory tej książki. Zapewniam jednak, że dzieło Wojciecha Wiktorowskiego zadowoli co bardziej wysublimowane gusta i zapewni czytelnikom całkiem sporą dawkę emocji.

Moja ocena: 5/6
Książkę otrzymałam od i zrecenzowałam dla portalu DUŻEKA, serdecznie dziękuję.

Ann Aguirre - Enklawa

"Niejasna wizja przyszłości, czyli o tym, że czasem warto pozwolić by pewne rzeczy dojrzały w nas zanim ujrzą światło dzienne"


Ann Aguirre to dla mnie zupełnie nieznana autorka, która w Polsce zasłynęła powieścią "Enklawa", wydaną nakładem wydawnictwa Amber. Napis widniejący na okładce owej książki mówi: "Znajdziecie tu wszystko, co najlepsze w bestsellerach Metro 2033 i Igrzyska śmierci." Tak się składa, że miałam okazję przeczytać przynajmniej jedną z tych powieści mogę, więc dokładnie stwierdzić, że porównanie to było na wyrost. Dlaczego? O tym za chwilę.


Dziewczyna numer piętnaście, tak mówili do Karo zanim w wieku piętnastu lat osiągnęła status osoby "dorosłej" i zasłużyła na to by dostać imię. Karo, żyje w enklawie, w podziemiach, między mrocznymi i czarnymi tunelami. Społeczeństwo jest rządzone przez starszyznę i to oni ustalają zasady, dzięki którym udaje im się przetrwać. Enklawa jest zbudowana według prostych zasad albo jesteś piękny lub inteligentny i zostajesz reproduktorem albo jesteś szybki, zwinny, śmiercionośny i zostajesz łowcą, jeśli nie nadajesz się do żadnej z tych rzeczy zostajesz robotnikiem lub giniesz. Bohaterka całe życie marzyła by zostać łowczynią i udaje jej się to, jednak nic nie pójdzie zgodnie z jej planem, świat i zasady jakie znała do tej pory w ciągu kilku chwil legną w gruzach, a ona wraz z drugim łowcą - Cieniem będzie musiała wyruszyć na powierzchnie, gdzie podobno "nie ma już nic"...


Zacznę od tego, że bardzo trudno jest mi ocenić tę powieść. Otóż, autorka popełniła masę błędów konstruując świat przedstawiony, trochę się to wszystko kupy nie trzyma, bohaterowie momentami działają nielogicznie, postaci drugoplanowe są miałkie, dialogi drewniane tak że chwilami można się zawiesić, mało kwestii zostaje wyjaśnionych. Nie wiadomo co się stało, że ludzie zeszli pod ziemię, nie wiadomo skąd się wzięli śmiercionośni dzicy, ogólnie nie wiele wiadomo, jednak powieść mnie urzekła. Bohaterka jest całkiem ciekawie skonstruowaną postacią, momentami naiwną (w końcu ma dopiero piętnaście lat) ale waleczną i rezolutną. Sama fabuła też jest skonstruowana pomysłowo, jednak muszę powiedzieć to głośno - "Enklawa" koło "Metro 2033" nawet nie leżała.


"Enklawa" jest powieścią dla czytelników mniej wymagających, przede wszystkim dlatego, że jest lekturą niedojrzałą. "Metro 2033" to kawał rewelacyjnie i szczegółowo dopracowanej fantastyki, natomiast książka Ann Aguirre to pozycja, która jest interesująca, ale wydaje się być owocem przedwcześnie zerwanym z drzewa. Ogromnym plusem jest to, że czyta się ją bardzo szybko i sprawnie, mimo tego, że książka leży w warstwie językowej, to jest napisana gładko. Tak więc, omijając wszelkie minusy, polecam powieść przede wszystkim tym, którym zależy na miłej, niezobowiązującej i niewymagającej lekturze.

Moja ocena: 4-/6

Tytuł: Enklawa
Autor: Ann Aguirre
Wydawnictwo: Amber 2011
Ilość stron: 304

Andrzej Pilipiuk - Aparatus

"Czy to się autorowi przyśniło?"

Swoje pierwsze spotkanie z Andrzejem Pilipiukiem wspominam bardzo przyjemnie a to za sprawą Jakuba Wędrowycza - starego dziada, bimbrownika i egzorcysty mieszkające w jednej z Polskich wsi. Następnie miałam przyjemność przeczytać "2586 kroków" czyli klimatyczny zbiór opowiadań owego pisarza i stwierdziłam,że autor potrafi budować swoiste napięcie i specyficzną atmosferę szczególnie w opowiadaniach. Tak więc do kolejnej antologii Pilipiuka podeszłam z ogromną dozą zaufania, jednak czy słusznie?

Odpowiadając od razu na pytanie stwierdzę, że niestety nie. Zupełnie nie mogłam odnaleźć tego wyjątkowego klimatu, który urzekł mnie w poprzednich książkach autora. Pomysły, owszem, były ciekawe ale jakby nie wykorzystane w stu procentach. W zasadzie, każde z tych opowiadań zaczyna się bardzo ciekawie tylko po to by niestety jak łódź podwodna nie wynurzyć się zanadto nad powierzchnię przeciętności. Oczywiście, bardzo ciężko jest recenzować zbiory opowiadań bo jak wiadomo z opowiadaniami bywa różnie i nie zawsze wszystkie trzymają taki sam poziom tu jednak jest inaczej. Wszystkie są podobne do siebie. Na największą uwagę moim zdaniem zasługują "Ośla opowieść" i "Choroba białego człowieka", chociaż w tym drugim trochę zbyt dużą wagę autor przyłożył do rozwoju wydarzeń a zbyt mało uwagi poświęcił kwestii ich zakończenia. Nie można jednak odmówić Pilipiukowi dobrego stylu, zachował on swój specyficzny język i tematykę w jakiej doskonale się odnajduje.

Ogromnym plusem "Aparatusa" są pięknie wykonane ilustracje zdobiące każdy rozdział, a i okładka jest niczego sobie, jak na Fabrykę słów przystało. Książka jest więc pięknie wydana i nie wątpię, iż dla koneserów twórczości Pilipiuka będzie ona ozdobą kolekcji jego powieści. Jednak tym, którzy nie mieli wcześniej do czynienia z jego pisarstwem polecam sięgnąć najpierw po inne powieści. Książka jest przeciętna, ni to ziębi ni to parzy, jednak 
trzyma pewien utarty poziom.

Moja ocena: 4-/6

Tytuł: Aparatus
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo: Fabryka słów 2011
Ilość stron: 408

Książkę otrzymałam od i zrecenzowałam dla portalu KOSTNICA, serdecznie dziękuję.

04 lutego 2012

Wiera Szkolnikowa - Namiestniczka. Księga II

"Klasyczny przerost treści nad formą"


Wiera Szkolnikowa to autorka, która zadebiutowała Trylogią Suremu. Rosyjska pisarka, która wcześniej parała się tworzeniem gier RPG, postanowiła w końcu dać upust swej wyobraźni na kartkach papieru i tak powstała Namiestniczka. Księga I. Książka przedstawiała losy namiestniczki Enrissy, w której rękach spoczęły losy Imperium. Wydarzenia zawarte w Księdze II toczą się dwadzieścia lat po tych ukazanych w pierwszym tomie.

Szkolnikowa jest znana z dosyć skomplikowanego tworzenia fabuły. Wprowadza wielu bohaterów, których losy przeplatają się wzajemnie. Jednak pojawiają się u niej także postaci, które nie wnoszą zbyt wiele do rozwoju akcji, bądź też ich historie mają tylko tworzyć tło i zająć nas czymś podczas zwalniania tempa głównych wątków.

Autor buduje swój świat, może on czas skracać lub wydłużać i nie potrzebuje „zapychaczy”, którymi tak często posługuje się Wiera Szkolnikowa. To właśnie trochę zraża do książki, gdyż ma się wrażenie, że autorka momentami oddaje lejce komuś innemu i nie panuje nad własnoręcznie wykreowanym światem. I właśnie poprzez te komplikacje dokładne omawianie fabuły powieści mija się z celem, gdyż aby pokazać choćby jej zarys, należałoby zdradzić zbyt wiele szczegółów, które spoilerowały by zawarte w książce treści. Jedyne co mogę powiedzieć to fakt, iż głównym wątkiem powieści są losy kolejnej namiestniczki Imperium, która to zupełnie różni się od swej silnej poprzedniczki. Salome Jasna jest głupiutka, daje się wodzić za nos, żyje marzeniami i absolutnie nie bierze odpowiedzialności za swoje czyny, do czasu, gdy jedna jej decyzja doprowadza do tragicznych w skutkach wydarzeń.

Bohaterów tej powieści jest wielu. Ba! Może nawet zbyt wielu, dlatego chyba żadnego nie polubiłam tak naprawdę, gdyż nie było na to czasu. Jednak nie można pisarce odmówić talentu do konstruowania postaci, nawet epizodyczni bohaterowie są stworzeni od podstaw, mają własne pragnienia, mają wady i zalety i bardzo się od siebie różnią. To, co urzeka najbardziej to fakt, iż Szkolnikowa potrafi w kilku zdaniach przedstawić najbardziej charakterystyczną cechę postaci tak, by czytelnik potrafił wyrobić sobie o niej opinię.

Zazwyczaj jest tak, że nie powinno się zaczynać trylogii od środka, bo się można skutecznie zniechęcić, chociażby niezrozumieniem niektórych faktów. Tak więc polecam powieść, ale zaznaczam, aby najpierw sięgnąć po część poprzednią, wtedy Namiestniczka powinna wciągnąć Was w klasyczny, dobrze skonstruowany i burzliwy świat fantastyczny. Mała uwaga, jeśli nie miałeś wcześniej do czynienia z fantastyką, nie zaczynaj od tej powieści, gdyż może się po prostu okazać zbyt trudna.

Jeszcze słów kilka na temat samego wydania, którym jestem urzeczona. Piękna okładka, która przedstawia najprawdopodobniej samą Salome Jasną, do tego dosyć przejrzyste wnętrze oraz fakt, iż książka nie jest zbyt opasła, składają się na wielkie brawa dla wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Moja ocena: 4-/6

Książkę otrzymałam od i zrecenzowałam dla portalu Paradoks. Z możliwość serdecznie dziękuję!

30 stycznia 2012

Raymond E. Feist, Janny Wurts - Sługa Imperium

„O miłości, trudnych wyborach i politycznych intrygach, czyli Sługa Imperium w pełnej krasie”


Pamiętacie Marę? Dziewczynę, która szybko musiała dorosnąć po tym jak intryganci zabili jej ojca i brata, a ona musiała stanąć na czele swojego rodu? W pierwszym tomie pod tytułem Córka Imperium Mara pokonała wiele przeciwności losu, doznała mnóstwa upokorzeń ze strony swego brutalnego męża, zaskarbiła sobie serca wygnanych wojowników oraz doprowadziła do przelewu krwi wśród wrogów rodu Acoma. Przed nami kolejny tom przygód dzielnej dziewczyny.

Sługa Imperium rozpoczyna się praktycznie bezpośrednio po wydarzeniach z Córki Imperium. Lord Jingu Minwanabi nie żyje, a miejsce na czele rodu zajmuje jego syn Dresio, który poprzysięga krwawą zemstę na Lady Acoma i jej rodzie. Mara choć zdobywa coraz większe wpływy w Imperium Tsuranuanni, zdaje sobie sprawę z tego, iż jej sytuacja nie jest pewna. Mara-Anni decyduje się na zakup grupy barbarzyńskich niewolników, którzy swoim zachowaniem wzbudzają w niej irytację, ale i fascynację. Okazuje się, że jest wśród nich jeden, który nie tylko otworzy dziewczynie oczy na otaczający ją świat, ale także ocali życie... i skradnie serce. Jednak Lady Acomie nie będzie długo dane cieszyć się szczęściem. Mara będzie musiała walczyć o życie swoje i swoich bliskich z następcami rodu Minwanabi. Do tego w Imperium nastąpi przewrót, a bohaterka odegra w nim ważną rolę.

Charakter Mary jest zbudowany bardzo kunsztownie i szczegółowo, jest to w pełni wielowymiarowa postać. Wydawało by się, iż bohaterka nie zdoła się zmienić już bardziej niż dało się to zaobserwować w Córce Imperium, jednak spotykamy się z bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Kolejnym smaczkiem jest postać Kevina – barbarzyńcy z Midkemii – o dziwo autorzy popełnili tutaj rzecz niesłychaną: otóż, poglądy głównej bohaterki są nam bardziej obce niż bohatera drugoplanowego, jednak uważam taki zabieg za bardzo interesujący. Natomiast świat przedstawiony jest o wiele bogatszy niż w poprzednim tomie. Pojawia się więcej rodów, więcej nazwisk, więcej miejsc i choć może to wprowadzić chaos, to jednak kiedy już się z nim uporamy, zauważamy jak piękne i wielowarstwowe jest Imperium i światy go otaczające. Również intryga, jaką stworzyli autorzy, jest na najwyższym poziomie i wzbudza wiele emocji. Opisy walk i krajobrazów, fantastyczne postaci, delikatne zależności między rodami i sama Rozgrywka Rady, wszystko to składa się na niesamowicie dobrze zbudowaną fabułę.

Muszę przyznać, że przeczytanie kilku pierwszych rozdziałów sprawiło, że żołądek zawiązał mi się na supeł. Zaczęłam się martwić o rozwój wydarzeń. Ba! Przez sekundę pomyślałam nawet, że być może Feist i Wurts opadli z sił i drugi tom jest słabszy niż pierwszy. Jednak to była tylko chwila, a później cały ten strach został mi wynagrodzony ze zdwojona siłą, dzięki fascynującemu rozwojowi wydarzeń. Polecam wszystkim kochającym prawdziwą fantastykę, by zapoznali się z Córką Imperium, a następnie dali się porwać kolejnemu tomowi przygód jakim jest Sługa Imperium.


Moja ocena: 5/6

Tytuł: Sługa Imperium
Autor: Raymond E. Feist, Janny Wurts
Trylogia: Imperium (tom II)
Wydawnictwo: Rebis 2011

Książkę otrzymałam od i zrecenzowałam dla portalu Paradoks, serdecznie dziękuję!

24 stycznia 2012

Opowiadanie # 1 | Sesja

No i stało się. Dopadła mnie sesja, tak więc styczeń i połowa lutego miną raczej pod znakiem pustek na moim blogu. Natomiast później postaram się wrócić ze zdwojoną siłą. 
Na razie mam dla was "Smaczny kąsek", czyli moje opowiadanie, które ukazało się w ostatnim numerze Grabarza Polskiego.
Pozdrawiam!


"Smaczny kąsek"

Małgorzata leżała na łóżku i rozmyślała. Płakać przestała już kilka lat temu. Teraz jedynie leżała na poduszkach i tępo wpatrywała się w sufit, podczas gdy w jej głowie kłębiły się myśli. Już od jakiegoś czasu klarowało się w niej pragnienie opuszczenia tego starego cepa. Nie mogła znieść tego, że tak zmarnowała swoje życie. Liczne siniaki i blizny znaczyły jej piękne, posągowe ciało. Była wysoką blondynką o skandynawskiej urodzie i do dziś pluła sobie w brodę, że nie słuchała rad bliskich, którzy mówili, że źle skończy z Sebastianem. Nie mieli dzieci, mogła spokojnie opuścić ten dom nawet dziś, jednak paraliżował ją strach. Niemniej jednak pewnego dnia to zrobi – odejdzie i znajdzie szczęście, gdzieś daleko od tego brutala zwanego jej mężem. Oby tylko nie podjęła tej decyzji zbyt późno...
                                              
* * *

Za długo czekałem! To zaczyna następować – najpierw drgawki i wymioty, później wiotczenie kończyn, aż w końcu skóra stanie się miękka i zacznie płatami odpadać, a moja prawdziwa twarz ujrzy światło dzienne. Nie mam już siły, leżę w wygodnym łóżku i wiem, że za chwilę wróci Agnieszka i będzie już za późno. Kim jestem? Nie wiem. Nie mam stuprocentowej pewności. Wiem tylko, że moja historia sięga zamierzchłych czasów. Czasów, kiedy ludzi nie było jeszcze na ziemi, a jej panami byli tacy jak ja. Chyba był Bóg i chyba byliśmy jego ukochanymi dziećmi. Wolnymi od wszelkich namiętności rządzących obecnym światem. Nie znam już tej odległej historii, nie pamiętam nawet, kiedy zaczęliśmy się stawać tym, czym jesteśmy. Wiem tyle – najpierw byliśmy my, później zjawili się ludzie, z całą tą swoją pożądliwością, z namiętnościami, gniewem, miłością, pychą... Zafascynowali nas, zazdrościliśmy im i choć Bóg kazał nam żyć wspólnie na jednej Ziemi, to zaczęliśmy pożądać ludzi i ich emocji. Nie wiem, kiedy pierwszy z nas popełnił grzech śmiertelny i spróbował zakazanego owocu, jakim był człowiek, ale ten właśnie dzień zaważył na naszych losach. Wtedy to odebrano nam przywilej nieśmiertelności i skazano nas na wieczną tułaczkę, byśmy trwali poganiani biczem naszych własnych pragnień, dopóki one nas nie zabiją. Teraz musimy ukrywać się wśród ludzi, choć i tak przetrwali tylko nieliczni z nas. Jesteśmy narkomanami, a ja właśnie przechodzę odwyk, chociaż wiem, że długo tak nie wytrzymam i wkrótce wyruszę upolować kolejną ofiarę.


Zaczyna się. Konwulsje obezwładniają moje ciało. Trwa to około trzydziestu minut. Kiedy kończę, opadam na łóżko, ciężko dysząc. Czuję, jak sie zmieniam. Słyszę klucz w drzwiach, zrywam się z łóżka w sypialni, podchodzę do lustra, przeglądam się i próbuję rozprostować błoniaste skrzydła, które wybiły się przez skórę ponad łopatkami. Agnieszka zaczyna krzątać się po mieszkaniu, słyszę jej kroki zza zamkniętych drzwi sypialni. Pokochałem tę dziewczynę miłością znaną tylko nam – zachłanną, chciwą, złą i głodną. Karmiłem ją tym uczuciem, a ona stawała się dla mnie słodka i soczysta. Ale przegiąłem, nie mogłem opanować chęci, by pograć w tę grę jeszcze trochę, by jeszcze przez pewien czas rozkoszować się tym, co mi oferowała. Kwitła miłością tak czystą, a ja pożerałem powoli jej energię i ją samą, jednak zwlekałem i skutki widać teraz w lustrze. Ból powoli mija, wiem, że zaraz wejdzie i zobaczy mnie, jednak nie mogę uciec – chcę jeszcze raz zobaczyć jej oczy.

Nie wiem, co się stało po tym, jak weszła do pokoju, spanikowany wyrwałem się od razu do okna i wyskoczyłem, widziałem tylko jej oczy, a w nich paniczny strach, który nasycił mnie goryczą. Cholerny idiota ze mnie – gdybym nie zwlekał, mógłbym teraz rozsmakowywać się w jej nektarze życia, a później być nią, a tak dostałem na odchodne łyżkę dziegciu. Żeby mi w gardle ta „ość” nie stanęła – tfu! Lepsze to jednak, niż gdybym miał ją pożreć taką wystraszoną – to jak złoty strzał dla narkomana. Muszę być bardziej ostrożny, szybciej reagować, kiedy widzę, że emocje w moich ludziach sięgają zenitu, wtedy właśnie muszę zabierać się do pracy. Teraz będę miał problem, będę musiał pożywić się jakimś pijakiem, który, mam nadzieję, nie rozróżni karnawałowej maski od mojego karykaturalnego oblicza. Później, kiedy już będę miał jego ciało, jakimś trafem może poderwę w barze striptizerkę i z nią uda mi się zrobić to samo. Musze szybko wyjść z tych slumsów, bo zabiją mnie te obrzydliwe emocje, muszę znaleźć kogoś czystego, ale nikogo takiego nie upoluję, wyglądając jak połączenie czarta i Freddy’ego Krugera. Stanowczo nie jestem teraz ciachem, hah.


* * *

Gośka wzięła torbę i spakowała do niej ostatnie najpotrzebniejsze rzeczy, wyszła z domu. Uważała, by przy tym nie pobudzić sąsiadów. On znowu wybył na całonocną libację i jeśli znała go dobrze, to zorientuje się, że nikogo nie ma w domu, dopiero koło 8. rano, bo pewnie tak wróci. Ona będzie już wtedy daleko stąd. Nikomu nie powie, dokąd jedzie – bo w sumie sama nie wie. Do rodziców odezwie się, jak już zagrzeje gdzieś miejsce, ale nie powie im, gdzie jest, i tak mieli ją w dupie po tym, jak wyszła za mąż za tego śmiecia. Wsiadła w taksówkę i kazała się wywieźć jak najdalej na obrzeża miasta. Kiedy wysiadła z auta, była godzina 6:00 rano, było już widno. Dojechali do wylotówki z Gdańska. Szła poboczem z jedną torbą i po cichu modliła się o to, by Bóg zesłał jej Anioła Stróża. Może ktoś się zlituje i uda jej się złapać stopa, byle gdzie, byleby jak najdalej od domu. Teraz już się nie bała, po tych wszystkich wieloletnich upokorzeniach i psychicznych oraz fizycznych torturach już gorzej być nie mogło...
* * *

6:16. Wyjeżdżam właśnie z Gdańska. Udało mi się! W ciągu dwóch tygodni złapałem pijaczynę, przez którego omal nie umarłem, bo skubaniec pokapował się, że nie jestem zwykłym brzydalem, i prawie zesrał się ze strachu. Wyszedłem z tego cało, chociaż przez kilka dni byłem trochę otumaniony... Do czego on doprowadził swoje ciało? Mniejsza z tym. Później dzięki temu, że uciekając od Agnieszki, pamiętałem, żeby skubnąć trochę kasy, wyrwałem jakąś tancerkę z klubu nocnego. Następnie dzięki niej jakiegoś w miarę nadzianego typka, który przejazdem pojawił się w tym mieście. Jego ciało było stanowczo lepszym domem dla mnie, ale musiałem szybko znaleźć sobie ofiarę. Takie podjadanie na szybko nie dawało mi ani energii, ani rozkoszy, jakiej pragnąłem, musiałem znaleźć sobie kogoś do „kochania”. I chyba nadarzyła się okazja, dziewczyna łapiąca stopa o tej godzinie? Jeśli ten „smaczny kąsek” szuka miłości i szczęścia, to dostanie... 
Już czuję mrowienie na plecach od jej pasji i podniecenia...


11 stycznia 2012

Rozwiązanie konkursu z "Wiedźmą z Babilonu"

Witam!
Jak obiecałam wyniki konkursu są dziś. Wszystkie odpowiedzi były wspaniałe - na tyle, że postanowiłam nagrodzić dwie osoby - niestety nie mogę wszystkich, choć bardzo chętnie bym to zrobiła i dziękuję za udział w konkursie.
Pierwsze miejsce, czyli książka "Wiedźma z Babilonu" wędruje do Megii24 za zahipnotyzowanie mnie swoją odpowiedzią :)
Drugie miejsce, czyli "Konklawe" i "Niewidzialne kolegium" wędrują do Dwojry za to, że tak różnorodnie ugryzła temat starożytności.


Proszę o kontakt na adres mailowy oyl.olivia@gmail.com


Pozdrawiam serdecznie i naprawdę każdej z Was dziękuje za wzięcie udziału :*