25 września 2015

Jacek Wróbel - Cuda i dziwy Mistrza Haxerlina

Pierwsze skojarzenie jakie nasunęło mi się na myśl po skończeniu lektury Cudów i Dziwów Mistrza Haxerlina to dwie postacie literackie. Mianowicie Arivald – czarodziej z Wybrzeża z powieści Jacka Piekary Ani słowa prawdy oraz Ricewind, bohater kilku książek Terry'ego Pratchetta. Wydaje mi się, że Haxerlin z powodzeniem mógłby stanowić wypadkową połączenia tych dwóch bohaterów – choć z pewnością więcej ma z tego drugiego. Z kolei więcej wspólnego z powieścią Jacka Piekary można znaleźć na poziomie treści, ponieważ na obydwa tytuły składają się opowiadania, które są poukładane chronologiczne i czasem wydarzenia z jednych historii rozchodzą się echem w kolejnych. Muszę przyznać, że pierwsza powieść Jacka Wróbla, czyli Cuda i Dziwy, już po przeczytaniu przeze mnie kilku pierwszych stron trafiła na półkę z książkami ulubionymi wraz z wyżej wymienionymi pozycjami. I już samo zestawienie nazwiska debiutującego autora obok takich pisarzy jak Pratchett czy Piekara powinno być najlepszą rekomendacją, ale Cuda i Dziwy to jedna z tych książek, o których chce się pisać.

Mistrz Haxerlin jest tak samo cudaczny i dziwaczny jak jego obwoźny straganik z kuriozami. Teoretycznie Haxerlin jest czarodziejem, praktycznie jest drobnym oszustem, który wywącha wszędzie dobry interes, jednak nigdy nie udaje mu się wypatrzyć kłopotów, które zazwyczaj za owym interesem podążają. Każde opowiadanie zawarte w książce prezentuje inną przygodę. Raz nasz bohater będzie musiał odbić pewną urodziwą nimfę, innym razem zmierzy się z zombie-opatem, podczas przemytu nielegalnych środków odurzających zostanie wplątany w dziwną historię z jeszcze dziwniejszą kurtyzaną, a innym razem będzie podróżował z demonem zamkniętym w ciele dziecka.

Powyższe opowiadania mogłyby być zwyczajnymi historyjkami, gdyby nie fantastyczne pióro Wróbla oraz jego niebywałe poczucie humoru, które idealnie wpasowuje się w moje. Na dodatek celowość pewnych dowcipnych komentarzy, dialogów czy też sytuacji jest widoczna na pierwszy rzut oka – autor próbuje w ten sposób przekazać czytelnikom swoje poglądy na temat kondycji istoty człowieczeństwa, a przede wszystkim ludzkiej natury. Są to osądy smutne, ale jak już wspomniałam, przedstawienie ich w żartobliwy i lekki sposób, pozwala na refleksję, ale zapobiega pogrążeniu się w czarnych myślach.  Osadzenie fabuły w quasi-średniowiecznym świecie fantasy pozwoliło mu z kolei na puszczenie wodzy fantazji i urozmaicenie żywota swojego bohatera, choć jestem pewna, że Cuda i Dziwy mogłyby z powodzeniem funkcjonować w pozbawionym magii świecie, bowiem ludzie zawsze będą jej poszukiwać.

Jacek Wróbel to dobrze rokujący twórca literacki – ma doskonały warsztat, umiejętnie rozwija akcję, ale nie zapomina też o prezentowaniu wyglądu świata, w którym osadza swoje opowieści. Jego zbiór opowiadań składa się z osobnych historii, ale fakt, że potrafi je łączyć nie tylko postacią głównego bohatera pozwala domyślać się, że równie dobrze poszłoby mu z napisaniem typowej powieści z bardziej rozbudowaną fabułą i mnogością wątków.

NA PLUS:
+ lekki język
+ ciekawy bohater
+ choć są to opowiadania, to jednak istnieje między nimi szczątkowa ciągłość fabularna

NA MINUS:
- może nieco zbyt duże podobieństwo do innych bohaterów literackich
 
OCENA: 5/6

Tytuł: Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina
Autor: Jacek Wróbel
Wydawnictwo: Genius Creations 2015
Liczba stron: 375
Gatunek: Opowiadania/Fantastyka
Cena: 39,99 zł

Recenzja została opublikowana na portalu PARADOKS.

20 września 2015

Dan Simmons - Terror



Ogromna potrzeba odkrycia tego co przez wiele wieków było dla ludzi niedostępne, czyli wielkich połaci czarnych plam na mapie kuli ziemskiej, pchnęło wielu żeglarzy do wyruszenia w nieznane. Niesamowita ekscytacja wynikająca z niewiedzy co może czekać na śmiałków na nieznanych wodach i jeszcze bardziej nieznanych kontynentach połączona z potrzebą zmierzenia się z nieokiełznanymi siłami matki natury oraz towarzyszący już nawet ludom pierwotnym pęd ku rozwojowi doprowadziły do dokonania jednych z największych i najpiękniejszych odkryć w historii cywilizacji. Nie można jednak zapomnieć, że droga ku nim usiana jest trupami tych, którzy wyzwanie podjęli, ale mu nie podołali. Jedną z takich wypraw opisał Dan Simmons w swojej powieści Terror. Nie jest to jednak byle opowieść – ponieważ brytyjska wyprawa arktyczna z 1845 roku, o której tu mowa, nie była byle ekspedycją. Na czele dwóch statków wchodzących w jej skład stanęli doświadczeni żeglarze, a większość marynarzy z ponad stuosobowej załogi służącej na HMS  Terror oraz HMS Erebus, także miała za sobą lata służby i raczej nie straszne im były ciężkie warunki panujące w tamtym rejonie świata. Co więc doprowadziło do upadku wyprawy? Czemu trwające ponad 150 lat poszukiwania jakichkolwiek śladów tragicznych losów obu załóg przyniosły bardzo wymierne rezultaty? (Przełom nastąpił dopiero w 2014 roku). Dzieło Simmonsa w pewnym stopniu odpowiada na te pytania, ale pozostawia także szereg znaków zapytania – a jak powszechnie wiadomo tam gdzie jest wielka tajemnica, tam też można najlepiej rozpalać wyobraźnię czytelników.




Celem wyprawy było odnalezienie Przejścia Północno-Zachodniego, czyli ciągu przesmyków między wyspami Archipelagu Arktycznego – szukano tam możliwości opłynięcia Ameryki Północnej drogą krótszą niż ta pomiędzy wybrzeżami Atlantyku i Pacyfiku. Na jej czele stanął oficer Królewskiej Marynarki Wojennej sir John Franklin, mający za sobą już trzy ekspedycje arktyczne. Okrętem flagowym był HMS Erebus pod dowództwem kapitana Fitzjamesa, drugim statkiem był HMS Terror, którym dowodził kapitan Crozier. Niestety wyprawa zakończyła się fiaskiem. We wrześniu 1846 r., obydwa statki utknęły w lodzie w pobliżu Wyspy Króla Williama (ówcześnie brano ją za część stałego lądu i nazywano Ziemią Króla Williama). Statki te już nigdy nie wypłynęły – zostały uwięzione w lodowej pułapce - paku, który nie stopniał przez kolejne dwa lata – tak przynajmniej wynika z materiałów źródłowych, na które zresztą autor powołuje się w swojej powieści. Dwudziestu czterech marynarzy zginęło, sir John Franklin zmarł w dniu 11 czerwca 1847 r. Reszta żyjących na dzień 26 kwietnia 1848 r. uczestników ekspedycji opuściła statki i wyruszyła pieszo w kierunku rzeki Backa. Chcieli w ten sposób dotrzeć do stałego lądu północnych wybrzeży Kanady. Mieli nadzieję spotkać tam plemiona eskimoskie i uzyskać pomoc. Nikt jednak nie dotarł do celu. Uczestnicy wyprawy, którzy nie zmarli na gruźlicę w początkowym etapie podróży, zginęli na wskutek ekstremalnych warunków atmosferycznych (niesamowicie niskie temperatury, a co za tym idzie np. liczne odmrożenia), chorób (szczególnie powszechny w tamtych czasach wśród marynarzy był wyniszczający szkorbut) oraz głodu, który jak się okazało, doprowadził ich do desperackich kroków. Ciał większości nigdy nie odnaleziono, ale ekspedycjom ratunkowym udało się dotrzeć do szczątków przynajmniej kilku z nich. Badania wykazały specyficzne ślady na kościach, które wskazywały na to, że mięśnie i ścięgna zostały oddzielone od kości, a to z kolei wskazywało na akty kanibalizmu…

Simmons opisuje przygotowania do wyprawy; lata tkwienia w lodowym piekle; pieszą wyprawę w celu odnalezienia jakiejkolwiek cywilizacji oraz skomplikowane relacje pomiędzy członkami wyprawy. W realistyczną relację z tragicznej w skutkach ekspedycji wplata także wierzenia Eskimosów i to sprawia, że z dramatycznej historii o próbie przetrwania  ta staje się przerażającą i epicką opowieścią o demonach czyhających na śmiałków w krainie skutej lodem. Wiadomo, że to co spisał Simmons w przeważającej części jest jego wariacją na temat tamtych wydarzeń, bowiem niewiele materiałów ich dotyczących odnaleziono. Z powodzeniem jednak mógł odtworzyć kolejne etapy ich wędrówki, a to że tak przejmująco i niesamowicie szczegółowo przedstawił losy tej wyprawy świadczy jedynie o tym, jakim jest doskonałym znawcą ludzkiej natury.

Terror to powieść niesamowita, ale też bardzo trudna. Być może autor zna swoje braki warsztatowe i dlatego zamiast ciągnąć linearną fabułę, połatał ją z różnych wydarzeń o pomieszanej chronologii. Przez to strasznie trudno połapać się w tym co, kiedy i po czym nastąpiło. Warto więc wnikliwie przyglądać się datom, którymi opatrzone są poszczególne rozdziały. Łatwości w przyswajaniu treści nie sprzyja także fakt, że większość rozdziałów, to relacje poszczególnych marynarzy, choć tu na czoło wyłaniają się doktor Goodsir, komandor Crozier, a także porucznik Irving. W mnogości imion i nazwisk łatwo się pogubić. Z czasem jednak można się przyzwyczaić do chaotycznego pióra Simmonsa.

Największym atutem, prócz niesamowitej autentyczności bijącej z każdego słowa, jest fantastyczne przedstawienie klaustrofobicznej atmosfery otwartych przestrzeni arktycznych. Chyba nic nie rozbudza wyobraźni lepiej niż niesamowitość lodowych krain. A im bardziej fabuła się zagęszcza tym więcej elementów fantastycznych i onirycznych autor wprowadza. 

Wydanie po które sięgnęłam jest wznowieniem (2015r.) wydania z 2007 roku. Wydawnictwo Vesper, zadbało o elegancką oprawę tej monumentalnej powieści. Najnowsze wydanie zostało wzbogacone o wyczerpujące posłowie dotyczące wypraw arktycznych autorstwa dr hab. Grzegorza Rachlewicza z UAM w Poznaniu oraz ikonografię ilustrującą czasy odkryć polarnych XIX, w tym obrazy i ryciny przedstawiające statki HMS Erebus i HMS Terror tkwiące w lodzie. Terror to wspaniała, wielowątkowa powieść, która będzie stanowiła przerażającą przygodę ale także intelektualną rozrywkę na najwyższym poziomie. Nie jest to książka dla każdego bowiem jak już wspominałam to lektura trudna i wymagająca. Nie da się jej czytać wyrywkowo. Wymaga od czytelnika czasu i skupienia, ale oddaje w zamian wszystko to co w literaturze najlepsze.

NA PLUS:
+ bohaterowie
+bazowanie na prawdziwych wydarzeniach
+ umiejętność oddania grozy białego królestwa
+ plastyczne opisy
+ wciągająca historia
+ dodanie wątków onirycznych i legend

NA MINUS:
- pomieszanie chronologii
-   dość trudny język
 
OCENA: 5/6

Tytuł: Terror
Autor: Dan Simmons
Tłumacz: Janusz Ochab
Wydawnictwo: Vesper 2015
Liczba stron: 692
Gatunek: Horror

Recenzja została opublikowana na łamach GRABARZA.
 

15 lipca 2015

Brandon Sanderson - Stalowe serce

Superbohaterowie są ostatnio na czasie. Kiedyś można ich było spotkać sięgając jedynie po komiksy, następnie pojawiły się animacje oraz filmy opowiadające o ich przygodach, a obecnie coraz chętniej autorzy prozy wykorzystują ich do tworzenia fantastycznych historii. Innymi słowy istoty posiadające nadnaturalne zdolności opanowały praktycznie wszystkie elementy składające się na kulturę masową. Stalowe serce Brandona Sandersona to przykład jednej z takich opowieści. Różnicę stanowi fakt, że jego superbohaterowie wcale nie są tak szlachetni, jakbyśmy sobie wyobrażali.

Dzień, w którym na niebie pojawiła się Calamity odmienił przyszłość całej Ziemi. Za jej sprawą niektórzy ludzie nabyli niezwykłych umiejętności. Ci, na których impuls nie podziałał oczekiwali, że wreszcie pojawili się bohaterowie godni swoich czasów. Stało się jednak inaczej. Nie wiadomo, czy Calamity zaczęła wyzwalać w ludziach ich najgorsze instynkty, czy też działała jedynie na tych, którzy pierwiastek zła mieli już w sobie. Tak czy siak, na świecie rozpoczęły się okrutne rządy Epików. Stalowe serce jest najpotężniejszym z nich, a David Charleston jako jedyny widział jak wielki Epik krwawił. Tamtego dnia miał zginąć tak jak wszyscy Ci, którzy na własne oczy zobaczyli słabość Stalowego serca. Chłopak przeżył, ale tamtego dnia stracił ojca. Od 10 lat kiełkuje w nim żądza zemsty. Wydaje się, że jedynymi ludźmi zdolnymi mu pomóc są członkowie tajemniczej grupy Mścicieli, którzy zajmują się eliminacją Epików. Jednak może się okazać, że to David stanie się ostatnią nadzieją nie tylko dla Mścicieli, ale dla całej populacji.

Powieść Sandersona zaczyna się mocno, emocjonująco i wzruszająco. Autor nie rezygnuje z tego, aż do ostatnich stron. Właśnie przez ten silny emocjonalny przekaz, który nie jest ani tandetny ani infantylny, Stalowe serce wyróżnia się wśród innych powieści fantastycznych kierowanych do starszej młodzieży. Co więcej, jestem przekonana, że powieść ta spełni wymagania także tych czytelników, którzy pasjami zaczytują się w komiksach, szczególnie serii o X-Menach, gdyż z nimi szczególnie kojarzę Epików. Nie sądzę też, aby wiek czytelników miał jakiekolwiek znaczenie przy odbiorze fantastyki prezentowanej przez Sandersona. Całość napisana jest bowiem lekko i z dowcipem, ale język pozbawiony został tych wszystkich młodzieżowych, tak modnych obecnie, naleciałości. Treść jest więc jasna, klarowna i konkretna. Sanderson doskonale zachowuje proporcję między pędzącą do przodu akcją a opisami, które przecież muszą się w powieści pojawić, ale nie powinny hamować rozwoju fabularnego. Pomysł na fabułę jest zresztą genialny - może nie nowatorski, ale jako całość wraz ze świetną narracją tworzy kawał naprawdę dobrej literatury. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem – literatury, do której chce się wracać.

Stalowe serce to trylogia, tak więc zakończenie książki otwiera kolejne możliwości rozwoju fabuły, przy czym pewne wątki zostają zamknięte. Doceniam umiejętność tworzenia nowych wątków. Powoli męczące stają się te trylogie, w których chodzi o jedno i to samo przez cały rozwój fabuły. Sanderson wyjaśnił kwestie, od których zaczął. W pewnym stopniu zamknął początek i koniec książki piękną i symboliczną klamrą, jednocześnie dając bohaterom nowe cele. Powieść trzyma w napięciu, bohaterowie są naprawdę świetnie skonstruowani i różnorodni, a Epicy, których traktuję, jako osobny element tej fantastycznej układanki... Cóż, dość powiedzieć, że podczas lektury bałam się ich w takim samym stopniu co podziwiałam. Stalowe serce to pasjonująca, wciągająca i sensacyjna powieść, w której przeplatają się żywioły. Mam nadzieję, że na drugi tom nie przyjdzie nam czekać zbyt długo.

Na plus:
 + bohaterowie
+ barwne opisy
+ postaci Epików
+ świetnie przedstawiony świat
+ zakończenie
+ okładka

Na minus:
- proste rozwiązania fabularne

OCENA: 5+/6

Tytuł: Stalowe serce
Autor: Brandon Sanderson
Cykl: Mściciele tom I
Tłumaczenie: Joanna Szczepańska
Liczba stron: 444
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2015
Cena: 34,90 zł

Recenzja została opublikowana na stronie RZECZGUSTU.
 

06 lipca 2015

Petra Fohrmann - Weźmiemy ze sobą dzieci. Ostatnie lata życia rodziny Goebbelsów

Książka Petry Fohrmann Weźmiemy ze sobą dzieci to historia ostatnich lat życia rodziny Goebbelsów, przedstawiona z perspektywy Käthe Hübner, która między 1943 a 1945 rokiem była opiekunką trojga najstarszych z szóstki dzieci Magdy i Josepha Goebbelsów.

Sięgając po ten tytuł oczekiwałam wnikliwej i analitycznej opowieści na temat prywatnego życia jednych z najważniejszych ludzi w Trzeciej Rzeszy - Joseph Goebbels był Ministrem Propagandy Rzeszy i zarazem jednym z najpotężniejszych nazistów, a jego żonę Magdę uważano za nazistowską Pierwszą Damę. Niestety wspomnienia spisane na kartach książki dr Fohrmann są bardzo ogólne i prezentują raptem wycinek tego, czego chciałby dowiedzieć się czytelnik zainteresowany intymnym i codziennym życiem tej rodziny. Myślę, że mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że Käthe Hübner niewiele wiedziała o swoich pracodawcach Jej wspomnienia stanowią nieuporządkowany zbiór informacji, które udało jej się przypomnieć. Brak tu natomiast potwierdzeń dla jej słów przytoczonych z innych źródeł, dyskusji na temat opisywanych zjawisk, ukazania różnych możliwości odczytania danych zachowań. Wiele jest natomiast przypuszczeń oraz osobistych rozważań byłej guwernantki. Czytając niektóre fragmenty można także odnieść wrażenie, że pewne podane przez nią informacje wykluczają się lub stanowią zaprzeczenie tych wyjawionych wcześniej.

Jeśli traktować tę publikację poważnie, jak książkę popularyzującą wiedzę lub też stricte historyczną, to niestety ma ona ogromne braki, których tego typu pozycja nie powinna zawierać. Być może jednak Weźmiemy ze sobą dzieci będzie doskonałą lekturą wprowadzającą do poważniejszych publikacji z tego zakresu np. Goebbels. Dzienniki. Jedynymi naprawdę zauważalnymi atutami książki są archiwalne zdjęcia wykonane przed, jak i po śmierci rodziny Goebbelsów oraz przedruk artykułu dotyczącego procesu lekarza oskarżonego o udział w zabójstwie dzieci Goebbelsów. Warto też wspomnieć o tym, że książka jest świetnie wydana i ma stosunkowo niską cenę, tak więc jeśli ktoś oczekuje interesującej ale niezbyt szczegółowej i analitycznej lektury, spokojnie może sięgnąć po wspomnienia Käthe Hübner.
 
NA PLUS:
+ wydanie
+ fotografie
+ przedruk artykułu na końcu książki

NA MINUS:
- mało treści
- brak porządku w przytaczanych informacjach
- wiele zbędnych fragmentów
- wydaje się, że książka powstała trochę "na siłę"

OCENA: 3/6

AUTOR: Petra Fohrmann
Tytuł: Weźmiemy ze sobą dzieci. Ostatnie lata życia rodziny Goebbelsów
TŁUMACZENIE: Bartosz Nowacki
WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka 2015
GATUNEK: Historyczna/Lit. faktu
LICZBA STRON: 144
CENA: 29,90 zł

RECENZJA ZOSTAŁA OPUBLIKOWANA NA PORTALU DUŻEKA.

29 czerwca 2015

Robert J. Szmidt - Szczury Wrocławia. Chaos

Kto nie słyszał o książce Szczury Wrocławia autorstwa Roberta J. Szmidta? No właśnie... Powieść polskiego pisarza fantastyki może stanowić encyklopedyczny przykład wspaniałej marketingowej kooperacji autora i wydawnictwa. Świetna kampania internetowa połączona z portalami społecznościowymi oraz wysypem billboardów w kilku największych miastach Polski plus temat, który obecnie jest modny i voilà! Otrzymujemy książkę, której nie mogą doczekać się nawet Ci, którzy myślą, że zombie to termin dentystyczny.

Szczury Wrocławia to nie jedyna polska apokalipsa zombie, ale z pewnością jedna z najlepiej wypromowanych. Z czystym sumieniem można też stwierdzić, że nie jest to najlepsza ze wszystkich książek o umarlakach ale z pewnością należy do takiej grupy. I choć początkowo bałam się, że treść będzie składać się jedynie z nazwisk ludzi, którzy na facebooku wyrazili chęć zginięcia na jej kartach to z czasem obawa ta ustąpiła czystej przyjemności wynikającej z lektury naprawdę dobrze poprowadzonej fabuły.

Akcja powieści rozgrywa się we Wrocławiu w 1963 roku. Właśnie wtedy, w sierpniu, miała miejsce ostatnia w Polsce epidemia ospy prawdziwej. Autor zapożyczył te wydarzenia i zmienił je w pandemię zupełnie innego, bardziej przerażającego rodzaju. W izolatorium na Psim Polu dochodzi do bardzo dziwnego zdarzenia. Przerażeni milicjanci pilnujący tamtego terenu alarmują władze, że odmienieni pacjenci atakują przebywających w ośrodku chorych, personel i ich samych. Do izolatorium zostają wysłane oddziały KBW oraz ZOMO. Dużej grupie odmieńców udaje się jednak oddalić. Wkrótce okazuje się, że miasto i jego mieszkańcy są bezbronni wobec nowej krwiożerczej zarazy.

Autor postanowił zrezygnować z postaci głównego bohatera na rzecz większej grupy postaci, które mają spory wkład w rozwój akcji. Początkowo sądziłam, że będzie to wada tej historii, jednak wraz z zagłębianiem się w kolejne rozdziały zaczęłam nabierać przekonania, że właśnie w tej powieści taki zabieg jest całkowicie na miejscu. Oczywiście w natłoku nazwisk można się nieco pogubić, jednak Szmidt wybrnął z tego obronną ręką, gdyż w miarę płynny sposób prowadzenia narracji skutecznie skupia uwagę czytelnika na fabule. Trudno jest nie dostrzec, że wybór realiów PRL-u sprawił, że łatwo było wkomponować w treści ogromną liczbę nazwisk. Pozwoliło to także na uzasadnienie ich częstego powtarzania i odmieniania. Nie można zatem odmówić autorowi pomysłowości. I choć zrezygnował on całkowicie z próby wyjaśnienia genezy morderczej plagi masakrującej Wrocław to jednak sprytnie zapełnił karty swojej powieści mnogością wydarzeń – o czym najlepiej świadczy fakt, że Szczury Wrocławia przeczytałam od deski do deski, nie pomijając nawet najmniejszego opisu (co niestety zdarza mi się, kiedy książka zawiera dłużyzny).

Mój największy zarzut to brak głębszych treści. Prawdopodobnie Szczury Wrocławia nie miały być książką poważną (nie oszukujmy się, rzadko kto traktuje temat zombie tak pompatycznie, jak np. ja) ale momentami wydawała mi się trochę zbyt komiczna. Zaburzone zostały proporcje między fragmentami opisującymi typowe sceny gore a opisami mającymi napędzać akcję. Prawdą jest, że co chwila coś się dzieje, ale zawsze wtedy pojawia się też jakaś ręka, noga tudzież mózg na ścianie. Jak dla mnie autor odsłonił po prostu zbyt wiele, już na samym początku kumulując obfitość krwawych scen. Przez to, choć podczas lektury zainteresowanie mnie nie opuszczało, już w połowie przestałam odczuwać strach. Zbyt wiele tu dosłowności, dosadności, a zbyt mało tego co przeraża najbardziej bo jest jedynie oczekiwane ale niekoniecznie zastane...

Po mimo tego mankamentu Szczury Wrocławia to naprawdę świetna powieść, w której autor, choć nie uniknął odrobiny kiczu to jednak udźwignął go,  zaprzyjaźnił się z nim i co więcej, przekonał do niego setki czytelników. A jeśli nie uczyni go głównym bohaterem drugiego tomu to może się okazać, że ten cykl wejdzie do kanonu lektur zombijnych.

NA PLUS:
+ pomysł
+ kampania reklamowa
+ mnogość bohaterów
+ świetnie odwzorowane polskie realia PRL-u

NA MINUS:
- zbyt dużo gore
- początkowy chaos wynikający z natłoku bohaterów

OCENA: 5/6

Autor: Robert J. Szmidt
Tytuł: Szczury Wrocławia. Chaos
Cykl: Szczury Wrocławia t. I
Wydawnictwo: Insignis 2015
Gatunek: Horror/Fantastyka
Liczba stron: 544
Cena: 39,90 zł

RECENZJA ZOSTAŁA OPUBLIKOWANA NA PORTALU SECRETUM.

23 czerwca 2015

Robert J. Szmidt - Samotność Anioła Zagłady. Adam

Myślałam, że nie znajdę bardziej kameralnej książki niż Marsjanin Andy’ego Weira, ale sięgnęłam po Samotność Anioła Zagłady Roberta J. Szmidta i musiałam zweryfikować tę opinię. Postapokaliptyczna powieść polskiego autora to przedstawienie, w którym gra dosłownie kilku aktorów. Trudną sztuką jest napisanie intymnej historii jednego bohatera, tak by czytelnik nie uległ znużeniu. Tak Weirowi, jak i Szmidtowi się to udało. Nie będę jednak ukrywać, że amerykańskiemu autorowi poszło nieco lepiej niż rodzimemu, choć do obu powieści mam zastrzeżenia.

Samotność Anioła Zagłady. Adam opowiada o dramatycznej i obfitującej w wiele trudnych sytuacji podróży mężczyzny-wybrańca. Adam Sawyer był żołnierzem, którego zadaniem było chronienie Ameryki przed wojną atomową. Jednak w skutek pewnych zdarzeń, które autor wyjaśnia w dalszych częściach książki, Adam przyczynia się do całkowitej zagłady ludzi na Ziemi. Tym samym staje się jednym z uczestników tajnego projektu Arka, którego celem jest ponowne zaludnienie dawnej Zielonej Planety. Błąd systemu sprawia, że bohater budzi się ze snu kriogenicznego zbyt wcześnie. Aby uratować swoje życie musi wyruszyć do odległego centrum Arki. Stany Zjednoczone nie wyglądają już tak samo. Ziemia stała się okrutna i niebezpieczna. Książka jest nie tylko opisem drogi, jaką mężczyzna musi przebyć, jest także próbą wniknięcia w głąb duszy człowieka, którego samotność popycha w ramiona szaleństwa.

Powieść rozpoczyna się rewelacyjnie. Mocne wejście w historię daje potężnego emocjonalnego kopa, który nakręca czytelnika, ale jest to o tyle ryzykowne, że ten może oczekiwać takich samych emocji podczas dalszego zagłębiania się w lekturę, a bądźmy szczerzy… niesamowicie trudno jest non stop dawkować czytelnikom fabularne elektrowstrząsy. Zawsze nadchodzi ten moment, kiedy w treści wyraźnie zaznaczone zostają fragmenty mające dać oddech. Samotność takich wyraźnych fragmentów nie zawiera, czym zaskakuje. Jednak w dalszym rozrachunku stanowi to wadę tej opowieści bowiem, kiedy bohater rozpoczyna swoją podróż, odbiorca przestawia się w tryb pełnego napięcia oczekiwania i w zasadzie, jeśli mu się to ostatecznie nie znudzi, stan ten może mu towarzyszyć praktycznie do ostatnich stron, ponieważ dopiero tam autor serwuje kolejny emocjonalny wstrząs. Środkową część tej historii stanowią opisy przemieszczania się z punktu A do punktu B itd. Niewiele można tu także znaleźć udanych prób wniknięcia w psychikę bohatera. Niestety jego dylematy moralne oraz próby radzenia sobie z ogromnym przecież stresem wydały mi się mało wiarygodne. Adam nie jest też bohaterem wyrazistym. Trochę taki człowiek podobny do nikogo. Bohater Marsjanina to przezabawny i niebezpiecznie inteligentny młody mężczyzna, o Adamie pomimo towarzyszenia mu przez tyle czasu, jestem w stanie napisać jedynie tyle, że jest zdeterminowany.

Autor jest jednak niesamowicie utalentowany. Powieść ratuje świetna narracja. Pomimo tego, że na kartach Samotności nie dzieje się tak dużo, jakby czytelnik mógł oczekiwać, to jednak sprytnie rozpisana treść ciągle sugeruje, że za chwilę coś się wydarzy. Robert Szmidt wodzi nas za nos i prowadzi od jednego zakrętu do drugiego, a my wciąż i wciąż oczekujemy, a nawet wierzymy w to, że za kolejnym zdarzy się coś niesamowitego. Najlepiej prezentuje się jednak opowiadanie, które jest swoistą zapowiedzią tomu drugiego. Ewa może okazać się ciekawą kontynuacją.

To naprawdę budujące, że nasi rodzimi pisarze biorą się za postapo. Szmidt ma genialny, lekki i przystępny styl. Może Samotność nie jest powieścią genialną, ale posiada pewien urok i ogromny potencjał. Warto przeczytać, by móc wyrobić sobie własną opinię o polskiej postapokalipsie.

NA PLUS:
+ narracja
+ pomysł
+ ciekawa zapowiedź kontynuacji

NA MINUS:
- bohater
- brak charakterystycznych wydarzeń
- brak zagłębiania się w psychikę bohatera
- wątpliwe rozważania egzystencjalne

OCENA: 4/6

Tytuł: Samotność Anioła Zagłady. Adam
Autor: Robert J. Szmidt
Redaktor: Błażej Kemnitz
Wydawca: Rebis 2015
Cykl: Horyzonty zdarzeń
Liczba stron: 296
Cena: 32,90


RECENZJA ZOSTAŁA OPUBLIKOWANA NA PORTALU PARADOKS.

09 czerwca 2015

Max Kidruk - Bot

Bot jest pierwszą książka Maksyma Kidruka, która ukazała się na polskim rynku wydawniczym. Był to literacki strzał w dziesiątkę, bowiem lektura prezentuje zaniedbany w naszym kraju gatunek, czyli technothriller. Z pewnością jego miłośników nie brakuje, natomiast niewiele jest godnych polecenia publikacji, które ukazały się w polskim przekładzie. Zresztą polscy pisarze również unikają takich tematów. Zresztą nie bez przyczyny: aby móc wypowiadać się w tematach dotyczących nowoczesnych technologii, trzeba mieć o nich choć minimalne pojęcie, a nawet i to nie wystarczy. Należy jeszcze umieć przełożyć skomplikowane teorie na prosty język, który dotrze do masowej wyobraźni. Kidrukowi się to udało. Jego powieść jest nie tylko interesująca, ale także przerażająca. A mój początkowy sceptycyzm bardzo szybko ustąpił miejsca fascynacji historią młodego programisty gier komputerowych, który nieświadomie przyczynił się do powstania pewnych tajemniczych i niebezpiecznych istot…

Tymur Korszak jest zdolny i odnosi względne sukcesy zawodowe. Kiedy jednak otrzymuje pewne dziwne ale bardzo opłacalne zlecenie podejmuje się go praktycznie bez zastanowienia. W rodzinnym kraju zostawia zrozpaczoną narzeczoną i wyjeżdża do Chile, aby naprawić błędy w botach, które skonstruował kilka lat temu dla pewnego klienta z Ameryki Południowej. Właśnie tam, w tajnym laboratorium na pustyni Atakama rozegra się największy dramat jego życia. To, z czym przyjdzie się zmierzyć grupie ekspertów zebranych z najróżniejszych zakątków świata, okaże się być najgorszym koszmarem. Bowiem jak podjąć walkę z istotami do złudzenia przypominającymi 12-letnich chłopców? Niewinnie wyglądające dzieci są niesamowicie silne, zdolne wytrzymać ekstremalne warunki i wygląda na to, że nie mają dobrych zamiarów. Kilku malców ucieka z ośrodka badawczego i zaczyna niepokoić miejscową ludność. Zadaniem Tymura jest odnalezienie błędu w systemie… Jednak co jeśli system wcale nie chce zostać naprawiony?

Autor stworzył naprawdę nietuzinkową fabułę, którą wypełnił bohaterami tak rzeczywistymi, że aż przerażającymi. Bardzo podoba mi się różnorodność postaci przepełnionych jednocześnie pierwiastkiem zła i dobra. Niewiele tu miejsca na jednoznaczne wartościowanie ich zachowań. Sprawia to, że łatwo się z nimi utożsamić, a co za tym idzie przeżywać to, co ich spotyka. Pomimo świetnie wykreowanych postaci, to właśnie wspomniana fabuła jest perłą książki. Akcja jest spójna i dynamiczna, delikatne przestoje w jej rozwoju dają czytelnikowi jedynie na chwilę odetchnąć, bynajmniej nie nudząc. Nie traktowałabym tej powieści jako moralitetu. Wydaje mi się, że autor nie miał zamiaru pouczać czytelnika na temat zagrożeń płynących z rozwoju technologii i biotechnologii, brakuje bowiem w treści charakterystycznej dla tego typu tematyki głębi i powagi. Kidruk chciał raczej przestraszyć odbiorców tym co nieznane, a zrobił to w brawurowy i zapewniający dobrą rozrywkę sposób.
 
Bot to książka, która aby została zrozumiana, musi trafić na odpowiedniego odbiorcę. Jak już wspomniałam, brakuje w niej pogłębienia tematu np. bioetyki, choć jest fragment, w którym autor spróbował podjąć ten wątek. Nie znaczy to jednak, że książka jest zła. Bynajmniej. Wszystko zależy od tego, jak czytelnik ją rozszyfruje. Ja chciałam by zapewniła mi chwile, podczas których nie będę mogła oderwać się od lektury. Pragnęłam by okazało się, że w książce nie będzie przerostu formy nad treścią, a tym bardziej treści nad formą. Autor zapanował nad swoim dziełem i obdarował je swoistą harmonią pomiędzy trudną fabułą, a prostym jej przekazem. Pożegnałam się z bohaterami powieści Kidruka już jakiś czas temu, a do tej pory pamiętam pewne fragmenty. W dzisiejszych czasach to sztuka niebywale trudna, aby któryś z setek pojawiających się na rynku tytułów zapamiętać na dłużej.

Na plus:
+ bohaterowie
+ wypełnienie niszy gatunkowej
+ wartka akcja

Na minus:
- trudny temat

OCENA: 5/6

Autor: Maksym Kidruk
Tytuł: Bot
Tłumacz: Julia Celer
Gatunek: Technothriller
Cykl: -
Liczba stron: 624
Wydawnictwo: Akurat 2014
Cena: 44,99 zł

Recenzja ukazała się również w GRABARZU.