23 marca 2015

Matthew Vaughn - Kingsman: Tajne służby

Maniery czynią człowieka, czyli słów kilka o zabójczym wykorzystaniu klasycznej parasolki


Matthew Vaughn powolutku zaczyna wyrabiać sobie pewien charakterystyczny styl kręcenia filmów. Co prawda, nie widziałam jego debiutu, ale kolejne dzieła takie jak np. Gwiezdny pył albo Kick-Ass, już tak. Tak te, jak i jego następne filmy wpasowują się w mój gust i stanowią świetne przykłady filmowych pastiszów ocierających się delikatnie o granicę dobrego smaku. Choć można im zarzucić zbytnią bezpośredniość, a samemu reżyserowi dość niebezpieczną grę z kiczem, to trudno jest nie zauważyć świetnej obsady, rewelacyjnej tematyki oraz pewnej moralno-etycznej symboliki zawartej w kolorowej i jaskrawej filmowej treści. Nie inaczej rzecz ma się z jego najnowszą produkcją Kingsman: Tajne służby. Voughn prezentuje widzom delikatny moralitet o tym, że aby być prawdziwym gentlemanem nie potrzeba ani błękitnej krwi ani wypchanego banknotami portfela. Trzeba za to mieć odrobinę oleju w głowie, trochę sprytu oraz dużą dawkę odwagi do tego, aby kierować swoim losem. Wszystko to przykrywa grubą warstwą nieco grubiańskiego dowcipu, absurdalnych sytuacji oraz unikatowych cech, którymi hojnie obdarowuje swoich bohaterów.

Kingsman to nazwa Tajnych Służb Jej Królewskiej Mości. Tak tajnych, że nie wiem nawet czy wolno mi o nich pisać... Genialny Colin Firth wciela się w jednego z jej dzielnych i eleganckich członków, niejakiego Harrego Harta. Jednak młody aktor Taron Egerton (Eggsy) nie ustępuje mu miejsca i zachwyca, w równym stopniu jak reszta świetnej obsady, wśród której znajdują się takie nazwiska jak: Michael Caine, Mark Strong, czy Samuel L. Jackson. Panowie także mają na kim zawiesić oko, bowiem w filmie pojawia się rewelacyjna i specyficznie odmieniona Sofia Boutella, a także mało znana, ale równie śliczna Sophie Cookson. Miałam jednak napisać o fabule, a więc kiedy równie tajny przyjaciel Harta ginie podczas jednej z misji, Organizacja podejmuje decyzję o rozpoczęciu rekrutacji na jego miejsce. Każdy z jej członków ma przedstawić swojego wybranka. Wybór Harrego pada na ulicznego złodziejaszka Eggsy'ego, wobec którego Hart ma pewne zobowiązanie sprzed lat. Tymczasem pewien komiczny, ale niebezpieczny i ekscentryczny (i to jeszcze jak!) milioner ma niecny plan, który zagraża bezpieczeństwu nie tylko Anglii, ale także całego świata.


Charakterystyczną cechą filmów Voughna, o której wspomniałam na początku tekstu jest niesamowita dynamika. Zawiera się ona tak w całości produkcji, jak i w jej pojedynczych scenach. Efekt ten zostaje osiągnięty głównie poprzez umiejętne prowadzenie kamery. Trudno jednak nie przyznać, że na taki odbiór wpływają także błyskotliwe dialogi i trafne uwagi, które raz za razem wygłaszają bohaterowie, a także świetnie dobrany soundtrack. Wszystko to można odnaleźć w produkcjach, za które odpowiada ten reżyser. Kingsman to film, któremu oczywiście bliżej do Kick-Assa aniżeli, np. X-Mana: Pierwsza klasa, widzowie powinni zatem przygotować się na dużą dawkę połamanych kończyn, podbitych oczu, ran po kulach, ran szarpanych, ran kłutych i morze krwi. Ci bardziej wrażliwsi niech sobie odpuszczą seans, ponieważ zdecydowanie nie odnajdą w filmie ani odpowiedniej dla nich rozrywki ani cieszących oczy obrazów. Cała reszta, która kocha mocne kino i reżyserów, który mrugają okiem do swoich odbiorców poprzez ciężkie i łopatologiczne sceny, będzie usatysfakcjonowana. Przyznaję bez bicia, że nie nazwałabym tego filmu wybitnym (w klasycznym rozumieniu tego słowa), gdyż daleko mu do kina artystycznego i dzieł, dzięki którym wrażliwi na piękno widzowie przeżywają swoiste katharsis i opuszczają sale kinowe odmienieni. O nie. Kingsman to prosty film dla ludzi, którzy nie boją się przyznać, że w kinie szukają rozrywki oraz zabawy, a także obrazów, które trudno jest zakwalifikować do określonego kanonu piękna w sztuce. Mogłabym go zatem nazwać wybitnym dopiero wtedy, kiedy zgodziłabym się przyjąć wiele zupełnie odmiennych kategorii względem których wartościuje się dzieło kinematograficzne. Co więc czynię... Kingsman: Tajne służby to naprawdę nietuzinkowy, przewrotny i (uwaga!) wybitny film, do którego chętnie powrócę... wielokrotnie.

Recenzja została opublikowana na portalu RZECZGUSTU

18 marca 2015

Kenneth Branagh - Kopciuszek

Muszę przyznać, że po raz pierwszy wyszłam z kina z utrwalonym na buzi uśmiechem ukazującym wszystkie zęby i to w pełnej krasie. I choć po produkcji Disneya, bo o Kopciuszku tutaj mowa, mogłam spodziewać się słodyczy, to chyba nie byłam gotowa na tak dużą jej dawkę. Nie zmienia to jednak faktu, że od tego cukru zęby się nie psują, za to wzrasta poziom endorfin we krwi i z kina wychodzimy szczęśliwsi, wierząc w to, że odwaga i dobro są w stanie pokonać wszelkie zło tego świata!

Historię pięknej dziewczyny o gołębim sercu, która w wyniku nieszczęśliwych kolei losu stała się służką swojej macochy oraz przyrodnich sióstr, jest zapewne znana większości czytelników oraz widzów. Kenneth Branagh adaptując tę historię na hollywoodzki ekran postanowił zmienić w niej tyle, ile wymaga obraz kinowy. Na szczęście zmiany te są kosmetyczne i raczej wprawiają akcję w ruch, niż wpływają na odbiór historii Kopciuszka. Dlatego, każdy kto pamięta "oryginalną" magiczną opowieść o biednej dziewczynie, szklanym pantofelku i karocy z dyni w stu procentach odnajdzie się na seansie. Kreacje aktorskie są rewelacyjne. Lily James w tytułowej roli jest urocza niczym troskliwy miś, słodki szczeniaczek i kot w butach razem wzięci. Cate Blanchett w roli macochy zadziwia, a towarzyszące jej aktorki wcielające się w role przyrodnich sióstr bawią. Jedynym rozczarowaniem okazał się dla mnie Richard Madden - genialny w swojej roli, ale jednak w moich oczach nieco do niej nie pasujący. Cała plejada mniej lub bardziej znanych gwiazd wcielających się w postaci drugoplanowe również zapada w pamięć. Bohaterowie są charakterystyczni, różnorodni i bardzo baśniowi. Nie można też zapomnieć o ważnej roli małych domowych myszek.

Początkowy sceptycyzm wywołany wylewającą się z ekranu słodyczą, która może wydawać się infantylna szybko ustępuje dziecięcej radości. Bowiem Kopciuszek pomimo prostego przekazu, że wszyscy powinniśmy być dobrzy, łagodni i pełni współczucia, ukazuje także trudności z jakimi mogą zmagać się ludzie na każdym etapie swojego życia. Uczy też, że wiara jest jedną z najważniejszych cnót. A to krzepiące, bardzo niewinne i właśnie tego najbardziej brakuje w codziennym życiu...
Natomiast najbardziej urzekają w filmie kostiumy i scenografia. Magia kolorów pojawiająca się co chwilę na ekranie hipnotyzuje widzów. Baśń nie została oszpecona współczesnymi akcentami i jako całość została zachowana w konwencji animacji sprzed lat. Branagh jest wyjątkowo łagodny i szablonowy (choć pisząc to, mam na myśli dobry kontekst). Nie odwołuje się do wersji braci Grimm, tym samym unika baśniowej makabry w niej zawartej. Bardzo ciekawe jest także ukazanie sposobu, w jaki okoliczności wpływają na ludzkie charaktery i losy. Wyraźnie uwidacznia się to w przypadku czarnych charakterów, które choć złe, wcale nie są całkiem jednoznaczne.

Historia Kopciuszka jest znana od wieków, a przerabiano ją wielokrotnie na przełomie lat przez różne społeczności. Branagh nie dodaje zbyt wiele do tej opowieści, ale udało mu się tchnąć w nią świeżość, która może spodobać się współczesnemu młodemu widzowi. Natomiast ja, nieco starsza miłośniczka kina, muszę przyznać, że udało mu się obudzić we mnie drzemiącą w środku od lat małą królewnę, która życzyłaby sobie aby na świecie panował pokój i miłość, a jednorożce przestały być gatunkiem "wyginiętym"...

Recenzja została opublikowana na portalu RZECZGUSTU.

17 marca 2015

Piotr Gociek - Czarne bataliony

 "Echo Masowego Przeszczepu Wyobraźni, czyli o tym, że fantastyka naukowa jeszcze nie umarła."

Zbiory opowiadań nie cieszą się zbyt wielką popularnością wśród polskich odbiorców. Posiadają za to niezasłużoną i bardzo krzywdzącą „łatkę” mniej dojrzałych kuzynów powieści, a tym samym nie są traktowane poważnie, co uważam za całkowite nieporozumienie. Wszak to właśnie opowiadania stanowią mocną esencję wszystkiego tego, co zawarte jest w dłuższych formach literackich. Doskonałym tego przykładem jest najnowsza antologia pod tytułem Czarne bataliony autorstwa Piotra Goćka, zawierająca opowiadania z gatunku pogranicza fantastyki naukowej.

Piotr Gociek jest znanym publicystą i dziennikarzem oraz miłośnikiem fantastyki. Jak się okazuje z powodzeniem odnalazł się w kolejnej roli, tym razem prozaika. Opisywane przez niego historie łączą w sobie elementy satyry politycznej i społeczno-obyczajowej, a także fikcji politycznej. Ogromna dawka humoru, z jakim autor wyraża krytykę otaczającej rzeczywistości sprawia, że kolejne opowiadania zawarte w Czarnych batalionach, choć zmuszają do myślenia, wywołują także na twarzach czytelników uśmiechy. W dziewięciu krótkich historiach Piotr Gociek zawarł wiele błyskotliwych i trafnych refleksji na temat kondycji współczesnego świata. Nie uważam jednak, aby opowiadania te były całkowicie przesiąknięte goryczą informacji napływających dzień w dzień z mediów.

Autor umiejętnie żongluje elementami fikcyjnymi i rzeczywistymi, zna umiar i stara się by jego opowieści, choć traktujące niekiedy o bardzo poważnych sprawach, były pozbawione moralizatorskiego charakteru i pozostawały mocno zakorzenione w sferze rozrywki i popkultury, a tym samym nie wywoływały nerwowych tików u wszystkich tych, którzy dawno już przestali wierzyć politykom, telewizji nie oglądają, bo mają dość przekłamań i generalnie przestali ufać mediom, dlatego trzymają się od tego wszystkiego z dala.

Jak już wspomniałam na Czarne bataliony składa się dziewięć niesamowicie równych pod względem stylistyki i treści opowiadań prezentujących bardzo wysoki poziom. Otwierające antologię opowiadanie Czołg stylem przywodzi na myśl niektóre przesiąknięte tematyką militarną historie pisane przez Andrzeja Ziemiańskiego. Kolejne opowiadanie zatytułowane Janek Poranek i jego goście zdecydowanie trafiło na listę moich ulubionych. Jest nie tylko przewrotne, ale także nietypowo zbudowane, gdyż opisuje tak jednostkowe, jak i globalne (a nawet jeszcze szerzej pojęte...) skutki posiadania przez pewnego zwykłego człowieka zdecydowanie niezwykłej umiejętności. Lektura Dnia oligarchy wywoływała u mnie salwy śmiechu. Trudno jest nie uśmiechać się czytając o zatwardziałym i bogatym s*kinsynie, który pewnego dnia zapadł na ciężką chorobę zwaną „sumieniem”. Schorzenie to, bardzo podstępne i rujnujące życie, pojawiło się nagle i otumaniło ofiarę, świadków oszołomiło, a cukierkową żonkę, dopadniętego przez przypadłość oligarchy omal nie doprowadziło do zawału. Opowieść Wowy, Gdzie jest generał oraz Czarne bataliony to historie poważniejsze, napisane w zupełnie innym tonie. Odwołujące się mocno do historii, a poniekąd nawet rozliczające się z nią. Podróż trzech króli to z kolei wariacja na temat jednej z biblijnych opowieści. Ze względu na tematykę przez jednych z pewnością zostanie uznane za obrazoburcze i bluźniercze, inni docenią groteskowe zestawienie świata magii i religii oraz karnawalizację narodzin Chrystusa. Ostatnie opowiadania to Chłopiec z plakatem oraz Inicjatywa oddolna. Trudno sobie wyobrazić dwa tak diametralnie różniące się pod względem tematyki opowiadania. Jedno jest kojące i wzruszające, drugie to istny diabeł wcielony...

Całość tworzy niesamowicie barwną kompozycję, która pobudza do myślenia i skłania do nieco odmiennego spojrzenia na otoczenie. Autor tworząc Posłowie zachęca do polemiki. Zawarł bowiem w nim swoje refleksje dotyczące stworzonych przez siebie historii. Jeśli więc momentami zawartość antologii wyda się czytelnikom niezrozumiała, będą mogli zasięgnąć języka u samego jej źródła. Polecam! Niewielu autorów potrafi obnażyć słabości rzeczywistości w tak dowcipny i lekki, a zarazem sugestywny sposób.

Recenzja została opublikowana na portalu RZECZGUSTU.
 

01 marca 2015

John Lutz - Rzeźnik


Po raz pierwszy od mojego rozpoczęcia przygody z literaturą spotkałam się z przypadkiem, kiedy to samo wydawnictwo psuje czytelnikowi przyjemność z lektury książek wydawanych przez nie. Nie rozumiem bowiem, jak to się stało, że Prószyński i S-ka nie zadbało o to by wydać książki Johna Lutza o przygodach detektywa Franka Quinna w odpowiedniej kolejności. Teraz już rozumiem, czemu odbiór tych książek sprawiał mi taką trudność, a uporządkowanie chronologiczne zdarzeń przyprawiało mnie o ból głowy. Pierwszy tom z dziewięciotomowej (jak dotąd) serii ukazał się w Polsce w marcu 2014 roku, jednak pierwszym z serii, który w ogóle się ukazał był tom szósty, który swoją premierę miał w styczniu 2013 roku, tom drugi ukazał się dopiero niedawno, ale czytelnicy mogli już z powodzeniem sięgnąć po tom siódmy… coś tu chyba nie gra? Tak czy siak pomimo że moja opinia o twórczości Lutza nie była jakoś specjalnie pochlebna, zapałałam do bohaterów jego książek szczerą sympatią, dlatego też raz za razem z zaciekawieniem sięgałam po kolejne książki wchodzące w skład serii Frank Quinn. Rzeźnik jest, wspomnianym już wyżej, drugim tomem cyklu i na tle innych części prezentuje się wybitnie.

Nowy Jork znowu pada ofiarą seryjnego mordercy. Giną kobiety, a ich ciała są ćwiartowane i pozostawiane w łazienkach własnych mieszkań. Morderca wysyła jasny sygnał emerytowanemu policjantowi Frankowi Quinnowi. Chce aby ten dołączył do śledztwa i wraz ze swoim zespołem spróbował go schwytać. Renoma, jaka podąża za nazwiskiem Quinna, sprawia, że nazwany Rzeźnikiem psychopata jedynie jego uznaje za przeciwnika godnego siebie. Czy bohater będzie w stanie odkryć tajemnicę, której początek dały pewne wydarzenia rozgrywające się na Florydzie wiele lat temu?

Elementem, który stanowi pewnik, w historiach opowiadanych przez Lutza jest wielopłaszczyznowość czasowa. Wydarzenia rozgrywają się mniej więcej w czasie rzeczywistym oraz odpowiednią liczbę lat przed nimi. Zazwyczaj te fragmenty opowieści przywoływane w retrospekcjach były dla mnie najciekawsze, tym razem jest inaczej, bowiem Lutzowi udało się naprawdę ciekawie napisać i poprowadzić historie dziejące się w obydwu czasach. Przede wszystkim doceniam wiarygodne umotywowanie obsesji mordercy oraz tego co doprowadziło do jego szaleństwa. Coraz lepiej zaczynam też rozumieć relacje łączące Quinna z poszczególnymi członkami jego zespołu, mam tu jednak przede wszystkim na myśli seksowną i niebezpiecznie inteligentną Pearl, z którą połączyło go dość silne i burzliwe uczucie.

Lutz stworzył naprawdę ciekawą historię, człowieka którego zgubił dziecięcy sentyment… Trudno mi jednak nie zauważyć, biorąc pod uwagę wszystkie dotychczas przeczytane tomy, że śledztwa, które prowadzą bohaterowie nigdy nie są do końca wyjaśnione. Zawsze pozostaje jakieś ale, brakuje pewnej kropki nad i albo jakiegoś szczegółu, mało znaczącego ale jednak widocznego puzzla w układance. Po głębszym przemyśleniu wydaje mi się, że właśnie ten detal sprawia, że opowieści tworzone przez Johna Lutza są bardzo autentyczne. Każdy kolejny tom sprawia, że zmieniam swoje podejście do twórczości autora i zaczynam darzyć go coraz większym uznaniem. Bezwzględnie nalegam jednak aby wszyscy zainteresowani czytelnicy spróbowali zacząć od tomu pierwszego i poczekali, aż wydawnictwo zdecyduje o wydaniu części trzeciej i tak dalej, i tak dalej, aż do końca. A tym, którzy mają już Mrok za sobą polecam sięgnięcie po Rzeźnika.

Na plus:
+ bohaterowie i relacje między nimi
+ ciekawie rozwiązania fabularne
+ lekki styl

Na minus:
- pewna przewidywalność w stylu pisarza

Ocena: 4/6

Autor: John Lutz
Tytuł: Rzeźnik
Tłumacz: Magda Witkowska
Gatunek: Kryminał
Cykl: John Lutz tom II
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2015
Cena: 35,00 zł
Recenzja została opublikowana na portalu PARADOKS.

05 lutego 2015

Jana Wagner - Pandemia

"Apokalipsa według jednej Rosjanki"

Oprócz niektórych klasyków literatura rosyjska była mi praktycznie obca. Tym bardziej cieszę się, że moja przygoda ze współczesną prozą tamtego rejonu świata rozpoczęła się od Pandemii Jany Wagner. Książka właśnie ma swoją polską premierę i okazuje się, że oprócz przykuwającej wzrok okładki ma do zaoferowania bardzo ciekawe i głębokie wnętrze. Dzieło Wagner stanowi bowiem połączenie thrillera i powieści drogi, a całość osnuta jest na apokaliptycznych fundamentach. Oczywiście nie jest to nic nadzwyczajnego, ale charakterystyczne dla rosyjskiego języka smaczki, których nie pominął podczas swojej pracy tłumacz oraz wysoki poziom umiejętnego kreślenia rysów psychologicznych postaci, którym wykazała się autorka sprawiają, że Pandemia może się okazać jedną z najważniejszych książek najbliższych miesięcy.

Zaczyna się niewinnie – katar, kaszel, temperatura i nagle okazuje się, że grypa opanowała nasz organizm. W normalnych okolicznościach każdy poradziłby sobie z nią korzystając z drobnej pomocy lekarskiej. Co więc musiało się zdarzyć, że nie poradziły sobie z nią największe umysły tego świata? Okazuje się, że nic nadzwyczajnego, ot zwykła mutacja, nowa odmiana na którą nie ma szczepionki. Moskwa zostaje odcięta i objęta kwarantanną. Z miasta nie ma ucieczki. Mieszkająca poza stolicą Anna wie już, że nie uratuje swojej matki. Musi jednak zatroszczyć się o małoletniego syna. Wraz z nim, swoim ukochanym Sieriożą oraz grupką mniej lub bardziej bliskich osób podejmuje rozpaczliwą próbę ucieczki przed tym, co wydaje się nieuniknione.

Już pierwsze strony wprowadzają nerwowy i lekko nostalgiczny nastrój, a następnie tempo przyspiesza i nie zwalnia do ostatnich zdań, które choć wieńczą opowieść jasno i klarownie to pozostawiają pewien literacko pozytywny niedosyt. Wagner doskonale zna meandry ludzkiej psychiki, świetnie odwzorowuje paranoiczne, bezsensowne i zupełnie chaotyczne zachowania, które pojawiają się najczęściej w sytuacjach przeżywania ogromnego stresu. Kiedy sięgałam po Pandemię bałam się, że będzie to historia wściekłych kocic, bowiem treść noty wydawcy wskazuje na to, że pomiędzy główną bohaterką, a byłą żoną Sierioży będzie iskrzyło. Na szczęście udało jej się zachować równowagę, a relacje poszczególnych członków grupy przedstawiła barwnie i realistycznie. Emocjonalność bohaterów nie przysłoniła także tego, co jest tu najważniejsze, czyli historii podróży po świecie, którym zawładnął obłęd.

To, co zachwyca najbardziej to gnająca za bohaterami paranoja. Da się ją wyczuć w każdym ich kroku i posunięciu. A niedopowiedzenie względem realności zagrożeń, których spodziewają się z każdej strony sprawią, że czytelnik staje się na równi współodczuwającym. Nawet momenty, w których pozornie nie dzieje się zbyt wiele posiadają spory ładunek napięcia pomieszanego z niepokojącym oczekiwaniem.

Rok 2015 rozpoczął się bardzo dobrze pod względem literackim. Poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko i jestem ciekawa, czy znajdą się tytuły, które będą w stanie ją przeskoczyć, bo w to, że znajdą się takie, które będą na podobnym poziomie z Pandemią nie wątpię. Polecam!

Ocena: 6/6

Na plus:
+ różnorodność bohaterów
+ świetnie nakreślone rysy psychologiczne postaci
+ geneza pandemii
+ prawdopodobieństwo takiej apokalipsy
+ żywy i bogaty język zawierający naleciałości rosyjskie

Na minus:
- niektórych może przestraszyć wątek zazdrości między bohaterami
- dla miłośników książek postapokaliptycznych minusem może być brak wątków paranormalnych

Autor: Jana Wagner
Tytuł: Pandemia
Tłumacz: Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska
Cykl: -
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2015
 Liczba stron: 440
Cena: 39,90 zł

Recenzja została opublikowana na portalu RZECZGUSTU.

27 stycznia 2015

"John Wick" reż. Chad Stahelski & David Leitch

"Nie zadzieraj z żałobnikiem"

Keanu Reeves już od dawna nie miał dobrej roli. 47 Roninów okazał się filmem dość widowiskowym, ale słabym. Fabularną klapą nakręconą z umiarkowanym rozmachem. Kiedy więc ukazał się trailer filmu John Wick, w którym Reeves wciela się w tytułową rolę, nie spodziewałam się zbyt wiele, a kiedy przeczytałam, że główny bohater mści się za to, że jakieś wyrostki zabijają mu psa (pomimo bycia ogromną miłośniczką zwierząt) przewróciłam oczami i nie dowierzałam, że takie coś przyciągnie kogokolwiek do kina. Ostatecznie przyciągnęło... mnie i to z naprawdę dobrym skutkiem! Może dzięki temu, że moje oczekiwania nie były zbyt wielkie, a może dlatego, że do kina chodzę najczęściej w poszukiwaniu uciechy, a innych bardziej ekskluzywnych emocji poszukuję w literaturze, nie mniej jednak ten film mi się spodobał!


Johna poznajemy w tragicznych okolicznościach. Jego ukochana żona umiera strawiona ciężką chorobą. Bohater jest pogrążony w żałobie, ale kobieta spodziewając się nadejścia dnia, w którym jej mąż zostanie w końcu sam postanowiła przed śmiercią podarować mu kogoś do kochania i opiekowania się. Malutka i słodka Daisy (śliczny szczeniak rasy beagel) staje się jego promyczkiem. Jednak bohater traci także ją. Wtedy rozpoczyna krwawą krucjatę, gdyż okazuje się, że John był nikim innym, jak płatnym zabójcą, który porzucił fach dla kobiety, którą poślubił. Na dodatek nie był zwyczajnym mordercą, ale kimś, kto trząsł całym przestępczym świadkiem nienazwanego miasta, w którym rozgrywa się akcja filmu.

Fabuła jest naciągana, a czasem wręcz absurdalna, ale twórcy [w tym przypadku dwóch kaskaderów z bogatym dorobkiem, czyli Chad Stahelski i David Leitch oraz scenarzysta filmów z Dolphem Lundgrenem(!) – if you know what i mean] nie oszukują widzów. Nie zależy im na tym, aby udowodnić odbiorcom, że w tej produkcji chodzi o coś więcej niż tylko to, co widać na ekranie, a wierzcie mi - widać sporo. Fantastyczna prezentacja sztuk walk, więcej headshotów niż w filmach o zombie, świetne ujęcia i bardzo dynamiczny montaż, który napędza akcję! Nie można także zapomnieć o genialnie dopasowanej ścieżce muzycznej. Całość tworzy naprawdę dobry pastisz filmów gangsterskich i sensacyjnych z lat 90.
Gra aktorska pasuje doskonale do klimatu całej produkcji. Nie porywa i na pewno nie jest godna zdobycia żadnej statuetki (swoją drogą, ciężko ją zdobyć nawet wtedy kiedy gra jest tego warta - patrz: przypadek Leo DiCaprio), ale bawi i przede wszystkim nie przeszkadza w odbiorze filmu. A jej swoista kanciastość doskonale sprawdza się jako narzędzie, dzięki któremu można równoważyć granicę między realnością a przerysowaniem bohaterów. Pomimo wyrównanego poziomu aktorstwa największym rozczarowaniem Wicka był Alfie Allen, młody aktor znany z Gry o tron, natomiast Keanu Reeves chyba odnalazł znów swoje miejsce w kinie. Małomówny, zamknięty w sobie, nieprzenikniony John Wick sprawia wrażenie człowieka nie tyle zrozpaczonego, ale lekko obłąkanego (i mocno zdeterminowanego). Zdecydowanie ogląda się go z uśmiechem na ustach. Zanim wybierzecie się do kina na ten seans spróbujcie nie wyobrażać sobie wrażeń po jego zakończeniu. Miejcie świeży, otwarty i spragniony prostej rozrywki umysł. Kiedy już przygotujecie się w ten niewyszukany sposób idźcie do kina, rozsiądźcie się w fotelu i cieszcie się obrazem czystej i nieujarzmionej chęci zemsty, która (co z pewnością zauważycie w trakcie) nie zawsze bywa słodka.
Recenzja została opublikowana na portalu RZECZGUSTU.
 

25 stycznia 2015

Jacek Komuda - Czarna bandera

"Morskie psy i ich przeklęte okręty"

Jacek Komuda jest przede wszystkim znawcą historii a przy tym, a może nawet dzięki temu także znanym i cenionym w Polsce pisarzem. Wydał już kilkanaście powieści, których fabuły rozgrywają się w realiach minionych wieków. Jednym z moich ulubionych dzieł, które wyszły spod pióra Komudy jest zbiór opowiadań Czarna bandera. Na jego treść składa się sześć dość obszernych historii, a wszystkie dotyczą niesamowitych i przede wszystkim mrożących krew w żyłach przygód morskich psów, czyli piratów.

Twórczość Jacka Komudy charakteryzuje się wiernością odwzorowania realiów czasów, które są przywoływane w danej powieści. Czarna bandera dodatkowo urzeka rewelacyjnym językiem. Lekko parszywe, szczerze obelżywe i zupełnie prostackie słownictwo sprawia, że podczas lektury przed oczyma jak żywi stają powołani do życia na kartach tego zbioru piraci. Jest jeszcze jeden ważny element podnoszący wartość tych historii przynajmniej o jeden stopień, mianowicie ich nieco paranormalny charakter. Każda zawarta w antologii opowieść posiada przynajmniej jeden punkt, który z całą pewnością nie należy do naszego świata. Mówię tu oczywiście o przeklętych statkach, wrakach obłożonych klątwą, tajemniczych obszarach oceanicznych, zakopanych skarbach chronionych przez niesamowite istoty. Jednak płynność narracji i genialne wręcz budowanie logicznego ciągu fabularnego sprawia, że czytelnik jest w stanie uwierzyć w to, że gdzieś, kiedyś… na nieznanych wodach pływał rzeczywiście przeklęty okręt, który siał strach wśród pirackiej braci, a w odmętach jakiegoś morza leży wrak statku, po którym wciąż spacerują utrapione dusze jego tragicznie zmarłych pasażerów.

Omawiane przeze mnie wydanie jest już czwartym na naszym rynku i różni się od poprzednich szatą graficzną. Zintegrowana okładka robi wrażenie, choć wydaje mi się jednak, że poprzednia grafika, czy to na miękkiej czy twardej okładce prezentowała się nieco bardziej klimatycznie. Tak czy inaczej nie wyobrażam sobie aby prawdziwy miłośnik wilków morskich mógł sobie tę lekturę od tak odpuścić. Jest to obowiązkowa książką na półce wszystkich czytelników, którzy kochają morze, statki no i rum! Sodomia i gomoria szerzy się na kartkach tej powieści, a krew i napitki leją się pospołu. Tak więc szykujmy się bracia i siostry do wypłynięcia, obierzmy kurs na majaczącą przed nami Czarną banderę, a rozgniewane morze niech wali w burty starej dobrej łajby.
Na plus:
+ objętość opowiadań
+ wyrównany poziom opowiadań
+ język i wierne oddanie opisywanych realiów
Na minus:
- nowa okładka
Ocena: 4/6
Autor: Jacek Komuda
Tytuł: Czarna bandera
Tłumacz: -
Gatunek: Opowiadania marynistyczne
Cykl: -
Liczba stron: 386
Wydawnictwo: Fabryka słów 2014
Cena: 39,90 zł

Recenzja ukazała się na portalu PARADOKS.