28 stycznia 2016

Dick Lehr & Gerard O'Neill "Pakt z diabłem"

Oglądając amerykańskie filmy i seriale sensacyjne, zachodziłam i nadal zachodzę w głowę na jakich zasadach opierają się tamtejsze struktury władzy. Jak to się dzieję, że FBI, policja stanowa i lokalna, a nawet CIA i inne instytucje rządowe wchodzą sobie non-stop w drogę?

Moja wiedza w tym temacie wciąż jest niekompletna, jednak za sprawą genialnej reporterskiej książki Pakt z diabłem co nieco się wyjaśniło, choć konflikt interesów między komórkami odpowiedzialnymi za utrzymywanie porządku w miastach wszystkich amerykańskich stanów, to jedynie mała część problemów społecznych podjętych w tej publikacji.

Pakt z diabłem zrelacjonowali dwaj dziennikarze śledczy, jednak historię stworzyło życie oraz ludzie, których losy splotły się pewnego letniego dnia 1948 roku. Johna Connolly i Jamesa Siwego Bulgera dzieliło kilka lat, jednak obydwaj wychowywali się w tej samej dzielnicy w Bostonie. Siwy od najmłodszych lat pracował na reputację twardziela. Connolly będący dzieckiem zapatrzył się na tę żywą legendę i choć ich drogi się rozeszły to kilkanaście lat później mężczyźni spotkali się ponownie, a spotkanie to zaowocowało jedną z najgłośniejszych afer korupcyjnych końca XX wieku. Connolly był już bowiem ważną postacią w bostońskim oddziale FBI, z kolei Bulger figurował dość wysoko na liście płac lokalnej irlandzko-amerykańskiej mafii.

W latach 70. XX wieku sen z powiek bostońskiej władzy spędzała prężnie działająca i silna mafia włosko-amerykańska znana jako La Cosa Nostra. Connolly postanowił zwerbować Bulgera, jako informatora, który miałby pomóc w rozbiciu La Cosa Nostry. Pakt z diabłem krok po kroku opisuje ewolucję tego układu oraz brudne interesy, które zaczęły łączyć FBI oraz mafię.

Dick Lehr i Gerard O'Neill są byłymi dziennikarzami, którzy zajmowali się tą sprawą od początku. Przed wiele lat nikt nawet nie przypuszczał, że Bulger (Irlandczyk z pochodzenia, a Irlandczycy najbardziej brzydzą się właśnie kapusiami) jest donosicielem. Długo nikt nie chciał uwierzyć w tę teorię, którą nieliczni przekazywali sobie podczas poufnych rozmów. Jednak w końcu coś uległo zmianie...

Książka jest świetna! Napisana jak najlepszy kryminał, nie dziwi więc fakt, że została zekranizowana. Już pierwsze rozdziały wprowadzają odpowiedni klimat i przedstawiają w barwny sposób historię. Przypisy zawarte na końcu oraz omówienia poszczególnych rozdziałów ukazują rzetelną pracę twórców, a że jest to kolejne, uzupełnione o nowe fakty wydanie to zdecydowanie należy tę książkę polecić. Lektura wyraźnie ukazuje, że autorzy doskonale znali tę sprawę bowiem potrafili przedstawić jej najmniejsze detale i przekazać ogromne napięcie, jakie towarzyszyło całej sprawie. Kolejne fragmenty tej korupcyjnej układanki dziennikarze ukazują krok po kroku, dzięki czemu czytelnik nawet na chwilę na traci zainteresowania. Pakt z diabłem jest jedną z najlepszych książek przedstawiających nie tylko prawdziwą historię, ale także proces dziennikarskiego śledztwa. Rzetelna, prawdziwa i brutalna!

OCENA: 5/6

NA PLUS:
+ wybitny kunszt reporterski
+ przyjazny czytelnikowi styl
+ barwnie opisani bohaterowie
+ ciekawa historia
+ prawdziwa historia

NA MINUS:
- dłużyzny (w niektórych fragmentach)

TYTUŁ: Pakt z diabłem
AUTOR: Dick Lehr & Gerard O'Neill
GATUNEK: Reportaż
WYDAWNICTWO: Marginesy 2015
TŁUMACZENIE: Przemysław Bieliński, Robert Waliś
LICZBA STRON: 528
CENA: 39,90 zł

Recenzja została opublikowana na portalu DUŻEKA.

12 stycznia 2016

Victoria Gische - Tajemnice królów

Wczoraj zakończyłam swoją przygodę z książką Tajemnice Królów autorstwa Victorii Gische, mieszkającej na stałe w Niemczech Ślązaczki, i muszę przyznać, że dawno nie czytałam takiej książki. Jej przeciętność aż boli, a choć większość obietnic z czwartej strony okładki zostało spełnionych bowiem rzeczywiście jest to powieść wielowątkowa, pełna tajemnic i zdrad to jest tego tak dużo, że chyba nawet sama autorka pogubiła się ostatecznie w fabule. Na 336 stronach udało jej się zawrzeć ogrom treści dotyczących poszczególnych bohaterów, zabrakło w nich jednak najważniejszego - akcji.

Starożytny Egipt w okresie Nowego Państwa, kiedy to rządy obejmowali władcy XVIII dynastii. Kraj pogrąża się w chaosie. Umiera następca Tutenchamona Aj, a jako że nie pozostawił on po sobie dziedzica tronu, jego następcą zostaje generał Horenheb, który jest pełen obaw i pytań dotyczących wydarzeń poprzedzających objęcie władzy nie tylko przez niego ale też jego poprzednika. Młody i niesubordynowany żołnierz Shardan zbiegiem okoliczności dostaje się do niego na służbę i otrzymuje zadanie wyjaśnienia tajemnicy śmierci Tutenchamona oraz odnalezienia jego młodej żony Anchesenamon, która zniknęła z pałacu.

Wprowadzenie w fabułę pozostawia wiele do życzenia. Autorka skacze od jednego bohatera do drugiego, a po zapoznaniu się z kilkoma pierwszymi rozdziałami nadal trudno jest zorientować się czego będzie dotyczyła książka. Mało jest też akcji, o czym już wspomniałam, za to dużo opisów przemyśleń i wspomnień bohaterów, którzy po mimo poświęcenia im ogromnej uwagi i drobiazgowości przy ich kreowaniu, nadal pozostają nijacy i podobni do siebie.

To co może urzekać to drobiazgowość w opisach tradycji i zwyczajów dawnych Egipcjan. Autorce udało się realistycznie zarysować skomplikowaną sytuację państwa, które odczuło na własnej skórze burzę związaną z politycznymi kontrowersjami dotyczącymi przejmowania władzy. Gische doskonale radzi sobie także z komponowaniem historycznego tła oraz fikcji świata stworzonego przez siebie, jednak to zdecydowanie za mało aby uznać książkę za dobrą, zbyt dużo by nazwać ją niestrawną. Wniosek jaki się nasuwa jest zatem prosty. Tajemnice Królów to powieść przeciętna i znośna, choć zdecydowanie mogłaby być dużo lepsza, gdyby autorka spróbowała nie dzielić bohaterów jedynie na złych i dobrych oraz skupiła się na wydarzeniach a nie przemyśleniach, a redakcja polskiego wydania miała lepszy dzień i wyłapała namnożone w treści błędy.

OCENA: 2+/6

NA PLUS:
+ dobrze oddane tło historyczne

NA MINUS:
- bohaterowie
- mnogość opisów
- brak akcji

Autorka: Viktoria Gische
Tytuł: Tajemnice królów
Wydawnictwo: Bellona 2015
Liczba stron: 336
Cena: 29,90 zł

Recenzja została opublikowana na portalu DUŻEKA.

18 grudnia 2015

John Lutz - Psychopata

Tomem ósmym cyklu o detektywie Franku Quinnie, John Lutz nie zaskoczył wiernych czytelników, w tym także mnie. Psychopata jest kryminałem dobrym, ale daleko mu do najlepszych części cyklu, zawiera bowiem kilka mankamentów, które rzuciły mi się w oczy podczas lektury. Mogę jednak stwierdzić zdecydowanie, że wolę ten cykl w przekładzie Bartosza Kurowskiego.

Jesteś młodą niebieskooką blondynką o wyraźnie zarysowanej szczęce? Uważaj! Idealnie wpasowujesz się w typ urody ofiar wybieranych przez psychopatę nazwanego przez media mordercą od Pani Wolność. Carlie Clark, jest bratanicą Franka Quinna i bardzo potrzebuje jego pomocy. Nie dość, że wygląda identycznie jak kobiety, które zginęły z ręki psychopatycznego sadysty grasującego w Nowym Jorku, to jeszcze ktoś ją śledzi… Czyżby stała się celem?

Czytelnicy jak zwykle otrzymują świetnie poprowadzone historie rozgrywające się w różnych płaszczyznach czasowych. Opowieść, która rozpoczyna się w 1984 roku w Kansas naprawdę wciąga. Jedyne co wydało mi się niedopracowane to element osobistej rozgrywki między mordercą a Quinnem. Autor dość lekceważąco podszedł do tematu wyjaśnienia, skąd w zabójcy zrodziła się tak ogromna chęć rywalizacji z głównym bohaterem. Doskonale zaprezentował natomiast ogólne motywacje kierujące zabójcą. Irytujące były z kolei mieszkanki Nowego Jorku, szczególnie te, które odpowiadały charakterystyce ofiar i które tak chętnie nawiązywały niezobowiązujący kontakt z obcym mężczyzną. Inne elementy kryminału spełniły swoją rolę i zadowoliły mnie całkowicie, choć jak wspomniałam na początku tekstu, ta część na pewno nie będzie należała do moich ulubionych, bowiem cykl zawiera kilka dużo lepszych tomów.

Psychopata trzyma poziom cyklu i należy do tych książek, które czyta się z przyjemnością. Choć po lekturze może zostać pewien niedosyt to jednak polecam.

OCENA: 4-/6

Autor: John Lutz
Tytuł: Psychopata
Tłumaczenie:  Bartosz Kurowski
Wydawca: Prószyński i S-ka 2015
Liczba stron: 400
Cena:  36,00 zł

Recenzja została opublikowana na portalu PARADOKS.

16 grudnia 2015

Paweł Majka - Niebiańskie pastwiska

Podczas lektury Niebiańskich pastwisk towarzyszyły mi ambiwalentne uczucia, które (niestety) po jej skończeniu wcale nie uległy zmianie. Paweł Majka to autor znany z wielu opowiadań oraz trzech powieści. Ja poznałam twórczość pisarza dzięki Dzielnicy obiecanej wchodzącej w skład Uniwersum Metro 2033 i ta niestety mnie zawiodła. Muszę przyznać, że ostatnia także nie okazała się jakimś niesamowitym arcydziełem, co więcej trudno tę książkę nazwać nawet zwykłym czytadłem.

Przyznam szczerze, że nie umiem określić, o czym jest ta lektura. Niebiańskie pastwiska to ponoć space opera łącząca w sobie cechy kilku innych gatunków, jednak cały urok tej mieszanej konwencji został przygnieciony natłokiem wątków oraz brakiem umiejętności poprowadzenia logicznej i przyjaznej czytelnikowi narracji. Autor założył chyba, że to, co w jego głowie było jasne i klarowne, po przelaniu na papier będzie tak samo przejrzyste dla czytelnika. Tak się niestety nie stało. Fantastyczny prolog, wprowadzający w naprawdę tajemniczy nastrój, został przyćmiony kolejnymi rozdziałami opowieści, której wątki ledwo się ze sobą łączą. A świat wykreowany jest niesamowicie skomplikowanym tworem, którego autor wcale nie próbuje przedstawiać. Tak więc czytelnik już od pierwszych stron zostaje wrzucony na bardzo głębokie wody, prawdopodobnie niewiele rozumie z przyswajanych treści i jeśli ma siłę brnąć dalej z nadzieją, że cokolwiek się wyjaśni, to jego nadzieje do ostatnich stron są płonne.

Wierzę, że pomysł na całość był, a nawet w to, że był całkiem niezły, tylko coś poszło nie tak w nawale słowotoku. Serio, po kilkunastu pierwszych rozdziałach nadal miałam gdzieś co się przydarzy bohaterom (jakimkolwiek, bo trudno ich nazwać pierwszoplanowymi), a co gorsza zupełnie nie wiedziałam po co mam poznać całą tę historię. Zazwyczaj bowiem bywa tak, że człowiek sięga po książkę i czyta ją do końca bo a) urzekła go tematyka, b) sympatyzuje z którymś z bohaterów, c) porwała go narracja, d) chce po prostu wiedzieć jak całość się skończy, e) musi ją przeczytać. Dla mnie książka Majki nie kwalifikuje się do żadnej kategorii. I nawet jeśli w połowie coś wreszcie zaczęłam rozumieć. a bohater jeden z drugim wydał mi się całkiem ciekawy, to i tak miałam w głowie te setki stron, które musiałam wpierw przemęczyć, żeby dojść do czegoś, co mnie lekko pobudziło. Jak dla mnie gra nie warta świeczki. Mnogość nazw, zupełnie nowa technologia wprowadzona, jakby autor opisywał działanie gumowej kaczki oraz połączenie wielu historii składają się na jeden wielki chaos.

Naprawdę chciałam dać tej książce szansę. Przeczytałam ją całą. Tak więc, to że była dla mnie męczarnią świadczy źle albo o mnie albo o niej. Wybierzcie sami. Ktoś, kto pamięta starsze czasy podpowiedział mi, że powieść Niebiańskie pastwiska to po prostu stare opowiadanie, które zostało bardzo mocno rozbudowane. I tak sobie pomyślałam przez chwilę, że być może lepiej by było, gdyby autor na opowiadaniu poprzestał... Bo oprócz bardzo dobrego pomysłu i świetnej prasy, Niebiańskie pastwiska to po prostu chaotyczna, obszerna i męcząca lektura, która według mnie byłaby dużo lepsza, gdyby autor sprawił, że świat, który stworzył byłby bardziej przychylny i przystępny dla czytelnika.

OCENA: 2/6

NA PLUS:
+pomysł

NA MINUS:
- styl
- chaotyczny sposób narracji
- nawarstwienie się wątków
- bohaterowie

Autor: Paweł Majka
Tytuł: Niebiańskie pastwiska
Wydawnictwo: Rebis 2015
Seria wydawnicza: Horyzonty zdarzeń
Liczba stron: 736
Cena: 42,90 zł

Recenzja została opublikowana na portalu PARADOKS.

15 grudnia 2015

Kerstin Cameron - Nie ma nieba nad Afryką

Historia niesamowitej kobiety, która z uporem i wytrwałością walczyła o wolność.

Książka Nie ma nieba nad Afryką przedstawia historię zatrzymania Kerstin Cameron w więzieniu w Tanzanii. Kobieta została oskarżona o zabicie swojego męża. Mężczyzna popełnił samobójstwo, jednak jego rodzina nie mogąc w to uwierzyć zrobiła wszystko, by doprowadzić do zatrzymania Kerstin. Postanowili obciążyć ją winą za jego śmierć oraz doprowadzić do skazania na karę śmierć za jego zabójstwo. Prawdopodobnie ich motywacją był spadek, który dziedziczyły dzieci. Gdyby bohaterka została skazana, dzieci mogłyby trafić pod opiekę jej teściów. Nie ma nieba nad Afryką przedstawia walkę Kerstin o wolność i udowodnienie niewinności.

Prawdziwe historie mają to do siebie, że z reguły bywają wzruszające lub poruszające. Historia Kerstin Cameron jest jednak nieco inna, bo choć wspomnianych cech nie można jej odmówić to zawiera w sobie coś większego, mianowicie typowe reporterskie spojrzenie. Podziwiam autorkę i jednocześnie bohaterkę tej opowieści za umiejętność przedstawienia swojego stanowiska bez zbędnego patosu. Wydaje mi się także, że jest to kobieta o niesamowicie silnych nerwach. Przeżywając coś takiego wiele osób pewnie by się złamało, a Kerstin po prostu wzięła całą sprawę na przeczekanie. Oczywiście, nie chciałabym abyście pomyśleli, że nie przejęła się swoją sytuacją wcale, chodzi bardziej o to, że w całym tym zamieszaniu udało jej się odnaleźć spokój osoby niewinnej. Jestem także przekonana, że książka jest dużo lepsza niż film nagrany na jej podstawie. Taki wniosek nasunął mi się po zapoznaniu z niezachęcającą notatką reżyserską zawartą na ostatnich stronach.

Opowieść Kerstin dzieli się na trzy części. Pierwsza wprowadza w całość historii, kolejne rozdziały opowiadają o pobycie bohaterki w więzieniu, a koniec to relacja z procesu. Przy tym pierwsze i ostatnie rozdziały są napisane bardzo sprawnie i są ciekawe, natomiast kilka środkowych trochę męczy i dłuży się. Nie wpływa to jednak na pozytywny odbiór książki. Początkowe strony wprowadzają w relację między Kerstin a jej mężem i pokazują jak wyglądało ich małżeństwo. W tym momencie można się zniechęcić do bohaterki. Ich związek był bardzo trudny, dziwny i tu właśnie większość czytelników może zacząć zastanawiać się, czy Kerstin nie była jedną z tych zaślepionych miłością kobiet. Pewnie tak było... jednak ratuje ją to, że postanowiła wreszcie odejść od człowieka, który nie tylko ją tyranizował, ale także lekceważył i przerażał. Trudno jest też uwierzyć w tak nagłą zmianę relacji między teściami a bohaterką (i tu uważam, że albo sama bohaterka wiedziała zbyt mało o rodzinie swojego męża albo nie chciała odkrywać zbyt wielu faktów z początków jej związku z Cliffem) – z drugiej strony nie jest to niemożliwe, a przebieg procesu ukazuje jak bardzo odrealnieni byli ci ludzie. Tak czy inaczej pomimo tego, że wiele elementów opowieści może budzić wątpliwości, niewinność Kerstin nie jest jednym z nich. Te fragmenty, które skłaniają do zastanowienia pozwalają poczuć się niczym ławnik sądowy, który ma rozstrzygać o losie oskarżonej.

Więzienia nigdy nie kojarzą się z czymś dobrym, a tym bardziej więzienia poza Europą. Bohaterka – Niemka z pochodzenia, trafiła do więzienia w Tanzanii. Ukochana przez nią Afryka stała się miejscem kaźni i cierpienia. Muszę jednak przyznać, że spodziewałam się bardziej drastycznych opisów realiów życia kobiet osadzonych w tamtejszym więzieniu. Oczywiście niesprawiedliwość oraz sposób w jaki traktuje się więźniarki wywołują ogromne emocje, ale pobyt Kerstin w więzieniu nie był tak dramatyczny, jakby można się tego spodziewać, a ona sama była jako biała traktowana lepiej niż inne kobiety. Trzeba jednak przyznać, że zawsze starała się, aby choć z części jej przywilejów mogły korzystać towarzyszki niedoli.

Najciekawiej wypada relacja z jej procesu. Napięcie towarzyszące wszystkim osobom zbierającym się na sali na czas zeznań świadków obydwu stron jest wyraźnie wyczuwalne. Umiejętne oddanie emocji jest największą zaletą tej książki, ale nie jedyną. Zatem zachęcam do przeczytania Nie ma nieba nad Afryką oraz poznania historii niesamowitej kobiety, której upór oraz otwartość potrafiła zjednać ludzi, którzy współpracując próbowali doprowadzić do oczyszczenia jej z tak haniebnego zarzutu, jak zabójstwo ojca jej dzieci.

OCENA: 5/6

NA PLUS:
+ sposób prowadzenia opowieści
+ bardzo ciekawe fragmenty z sali rozpraw
+ ciekawa bohaterka

NA MINUS:
- nieścisłości związane z relacją bohaterki a rodziną jej męża
- cała relacja bohaterki z mężem

Autorka: Kerstin Cameron
Tytuł: Nie ma nieba nad Afryką
Tłumaczenie: Miłosz Urban
Wydawnictwo: Świat książki 2015
Liczba stron: 416
Cena: 34,99 zł

Recenzja została opublikowana na portalu RZECZGUSTU.

03 listopada 2015

Karen Slaughter - Moje śliczne

Na temat twórczości Karen Slaughter krążą różne opinie. Spotkałam się z kilkoma przytykami względem sposobu przelewania przez tę autorkę myśli na papier. Być może w niektórych krytycznych opiniach jest jakieś ziarnko prawdy bowiem pomimo tego, że lektura książki Moje śliczne wciągnęła mnie bez reszty, to jednak początkowo miałam pewne trudności z wgryzieniem się w opowieść o trzech siostrach, których losy na zawsze odmieniło zaginięcie jednej z nich.

Dziewiętnastoletnia Julia jest pełną życia i uśmiechniętą dziewczyną, która pewnego dnia znika bez śladu. Jej rodzina jest zrozpaczona. Po nastolatce pozostają dziury w sercach jej najbliższych oraz pusty pokój. Rodzice nie są w stanie poradzić sobie z tragedią, jaka ich dotknęła. Nawet obecność dwóch młodszych córek, nie jest w stanie zagłuszyć bólu, który wywołało zniknięcie Julii. Po dwudziestu latach od tamtych wydarzeń Claire i Lydia, czyli młodsze siostry Julii, nie mają ze sobą kontaktu i żyją całkowicie odmiennie. Pewnego dnia Paul, mąż Claire, zostaje zamordowany. Po jego śmierci, oprócz milionów na koncie, pozostaje także kilka spraw wymagających uporządkowania. Podczas przeglądania jego rzeczy wdowa natrafia na tajemnicze i przerażające nagrania. Aby odkryć sekret Paula kobieta będzie potrzebowała wsparcia…

Wprawdzie czytelnik, który zna się na kryminałach i thrillerach dość szybko wpadnie na pomysł, o co chodzi w książce, jednak Karen Slaughter dość zagadkowo prowadzi wątki powieści. Rozpisała tę historię na tyle zgrabnie, że do samego końca pojawiają się w głowie czytelnika pytania. A odpowiedzi na nie dawkuje stopniowo i powoli, bez zbędnego przyspieszania i fabularnych przeskoków. Jednak to nie umiejętne dawkowanie napięcia tak przykuwa do lektury Moich ślicznych. Główne skrzypce w tej powieści grają bowiem bohaterowie, a szczególnie bohaterki. Siostrzana relacja oraz problemy z jakimi przyszło się im mierzyć są tak doskonale przedstawione, że można by podobnej historii szukać na pierwszych stronach gazet. Postacie są wyjęte z prawdziwego życia i właśnie dzięki temu, że nie są doskonałe, tak bardzo przypadają do gustu.

Książka trzyma w napięciu, jest pełna emocji, opowiada naprawdę ciekawą i przerażającą historię, a przy tym wplata też nieco ciepła, dając tym samym swoich bohaterom choć cień szansy na doznanie w życiu czegoś dobrego. Jak już wspomniałam, początkowo surowy styl, jakim posługuje się autorka może rzeczywiście nie zachęcać, a nawet utrudniać zagłębienie się w opowieść. Jednak kiedy już czytelnik przywyknie, jestem pewna że lektura książki Moje śliczne zapewni mu wiele niezapomnianych wrażeń. Przecież właśnie o to chodzi w dobrej literaturze, żeby wywoływała silne emocje!

NA PLUS:
+ realistyczni bohaterowie
+ ciekawa fabuła
+ wciąga i daje poczucie napięcia

NA MINUS:
- nieco surowy styl

OCENA: 5/6

Tytuł: Moje śliczne
Autor:Karen Slaughter
Tłumaczenie: Katarzyna Ciążyńska
Wydawnictwo: HarperCollins Polska 2015
Liczba stron: 480
Cena: 24,99 zł

Recenzja ukazała się na portalu NASZE RECENZJE.

18 października 2015

John Lutz - Szał

Jeśli śledzicie mój blog na bieżąco to myślę, że nie muszę Wam już przedstawiać Zabójczej serii od Prószyński i S-ka. Książki Johna Lutza, które wchodzą w jej skład prezentują kryminał dobry, ale nie ten z najwyższej półki.

Wielokrotnie powtarzałam, że główny problem może stanowić fakt, że wydawnictwo wydaje części serii o Franku Quinnie w złej kolejności chronologicznej. Jednak wraz z kolejnym wydanym tomem pojawił się jeszcze jeden problem, na który wcześniej nie zwróciłam uwagi lub który mógł do tej pory nie występować. Mianowicie chodzi o tłumaczenie i korektę. Pojawiające się źle zbudowane zdania, nieumiejętna odmiana wyrazów oraz brak poprawnej pisowni niektórych nazw własnych deprymowały mnie oraz deprecjonowały i tak nie najlepszą historię stworzoną przez autora. Przykładem powyższych niech będą:  Quinn spodziewał się wizyty tej kobiety o ponad metrze osiemdziesięciu centymetrach wzrostu; Maude zamówiła whiskey sour, a ojciec jacka daniela z lodem; etc. Może jednak przejdźmy najpierw do fabuły.

Nowym Jorkiem znowu wstrząsa makabryczne morderstwo kilku młodych kobiet. Quinn  odnajduje w tej zbrodni detale, które przypominają mu o pewnym mordercy, który już dawno powinien być martwy. Czy to możliwe, aby przerażający psychopata podpisujący swoje krwawe dzieła inicjałami D.O.A. mógł mieć tak perfekcyjnego naśladowcę?

Tłem dla wydarzeń współczesnych są z kolei dwie płaszczyzny czasowe. Jedna sięga czasów II wojny światowej i w bardzo enigmatyczny sposób opowiada historię tajemnicy zaginięcia bezcennego dzieła sztuki. Druga rozgrywa się w latach 80. XX wieku i opowiada jak zwykle historię człowieka, który będzie miał ogromny wpływ na obecne wydarzenia.

Szał mnie nie urzekł. Czyżby Lutz coraz mniej dbał o to, by jego historie były logiczne. Niejasności mnożą się na kartach dziewiątego tomu, a nad głową czytelnika pojawia się coraz większa liczba znaków zapytania. W tym przypadku autor zbytnio postawił na niedopowiedzenia – wielu naprawdę nieoczywistych rzeczy trzeba się domyślać. Dlatego też nie polecam rozpoczynać przygodę z twórczością Lutza od tej właśnie części. Choć uważam, że warto poznać opowieści kryminalne, które tworzy ten autor, ponieważ pomimo niedociągnięć jego książki hipnotyzują. To już kolejna część przygód Franka Quinna, z którą się zapoznałam i samo to świadczy o tym, że coś ciekawego w tych historiach jest – może zdążyłam już polubić głównych bohaterów?

Tak czy siak, choć apeluję do Was byście nie unikali twórczości Johna Lutza, to jednak Szał nie jest pozycją dobrą, dlatego też zachęcam do zapoznania się z jego poprzednimi książkami, najlepiej w odpowiedniej kolejności. Jeśli dacie się porwać pierwszym tomom, to dziewiąty nie zrobi krzywdy tej sympatii.

OCENA:3/6

NA PLUS:
+ bohaterowie

NA MINUS:
- luki fabularne
- tłumaczenie

Tytuł: Szał
Autor: John Lutz
Wydawca: Prószyński i S-ka 2015
Tłumaczenie: Magda Witkowska
Liczba stron: 416
Cena:  37,00 zł

Recenzja została opublikowana na portalu PARADOKS.