15 lipca 2015

Brandon Sanderson - Stalowe serce

Superbohaterowie są ostatnio na czasie. Kiedyś można ich było spotkać sięgając jedynie po komiksy, następnie pojawiły się animacje oraz filmy opowiadające o ich przygodach, a obecnie coraz chętniej autorzy prozy wykorzystują ich do tworzenia fantastycznych historii. Innymi słowy istoty posiadające nadnaturalne zdolności opanowały praktycznie wszystkie elementy składające się na kulturę masową. Stalowe serce Brandona Sandersona to przykład jednej z takich opowieści. Różnicę stanowi fakt, że jego superbohaterowie wcale nie są tak szlachetni, jakbyśmy sobie wyobrażali.

Dzień, w którym na niebie pojawiła się Calamity odmienił przyszłość całej Ziemi. Za jej sprawą niektórzy ludzie nabyli niezwykłych umiejętności. Ci, na których impuls nie podziałał oczekiwali, że wreszcie pojawili się bohaterowie godni swoich czasów. Stało się jednak inaczej. Nie wiadomo, czy Calamity zaczęła wyzwalać w ludziach ich najgorsze instynkty, czy też działała jedynie na tych, którzy pierwiastek zła mieli już w sobie. Tak czy siak, na świecie rozpoczęły się okrutne rządy Epików. Stalowe serce jest najpotężniejszym z nich, a David Charleston jako jedyny widział jak wielki Epik krwawił. Tamtego dnia miał zginąć tak jak wszyscy Ci, którzy na własne oczy zobaczyli słabość Stalowego serca. Chłopak przeżył, ale tamtego dnia stracił ojca. Od 10 lat kiełkuje w nim żądza zemsty. Wydaje się, że jedynymi ludźmi zdolnymi mu pomóc są członkowie tajemniczej grupy Mścicieli, którzy zajmują się eliminacją Epików. Jednak może się okazać, że to David stanie się ostatnią nadzieją nie tylko dla Mścicieli, ale dla całej populacji.

Powieść Sandersona zaczyna się mocno, emocjonująco i wzruszająco. Autor nie rezygnuje z tego, aż do ostatnich stron. Właśnie przez ten silny emocjonalny przekaz, który nie jest ani tandetny ani infantylny, Stalowe serce wyróżnia się wśród innych powieści fantastycznych kierowanych do starszej młodzieży. Co więcej, jestem przekonana, że powieść ta spełni wymagania także tych czytelników, którzy pasjami zaczytują się w komiksach, szczególnie serii o X-Menach, gdyż z nimi szczególnie kojarzę Epików. Nie sądzę też, aby wiek czytelników miał jakiekolwiek znaczenie przy odbiorze fantastyki prezentowanej przez Sandersona. Całość napisana jest bowiem lekko i z dowcipem, ale język pozbawiony został tych wszystkich młodzieżowych, tak modnych obecnie, naleciałości. Treść jest więc jasna, klarowna i konkretna. Sanderson doskonale zachowuje proporcję między pędzącą do przodu akcją a opisami, które przecież muszą się w powieści pojawić, ale nie powinny hamować rozwoju fabularnego. Pomysł na fabułę jest zresztą genialny - może nie nowatorski, ale jako całość wraz ze świetną narracją tworzy kawał naprawdę dobrej literatury. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem – literatury, do której chce się wracać.

Stalowe serce to trylogia, tak więc zakończenie książki otwiera kolejne możliwości rozwoju fabuły, przy czym pewne wątki zostają zamknięte. Doceniam umiejętność tworzenia nowych wątków. Powoli męczące stają się te trylogie, w których chodzi o jedno i to samo przez cały rozwój fabuły. Sanderson wyjaśnił kwestie, od których zaczął. W pewnym stopniu zamknął początek i koniec książki piękną i symboliczną klamrą, jednocześnie dając bohaterom nowe cele. Powieść trzyma w napięciu, bohaterowie są naprawdę świetnie skonstruowani i różnorodni, a Epicy, których traktuję, jako osobny element tej fantastycznej układanki... Cóż, dość powiedzieć, że podczas lektury bałam się ich w takim samym stopniu co podziwiałam. Stalowe serce to pasjonująca, wciągająca i sensacyjna powieść, w której przeplatają się żywioły. Mam nadzieję, że na drugi tom nie przyjdzie nam czekać zbyt długo.

Na plus:
 + bohaterowie
+ barwne opisy
+ postaci Epików
+ świetnie przedstawiony świat
+ zakończenie
+ okładka

Na minus:
- proste rozwiązania fabularne

OCENA: 5+/6

Tytuł: Stalowe serce
Autor: Brandon Sanderson
Cykl: Mściciele tom I
Tłumaczenie: Joanna Szczepańska
Liczba stron: 444
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2015
Cena: 34,90 zł

Recenzja została opublikowana na stronie RZECZGUSTU.
 

06 lipca 2015

Petra Fohrmann - Weźmiemy ze sobą dzieci. Ostatnie lata życia rodziny Goebbelsów

Książka Petry Fohrmann Weźmiemy ze sobą dzieci to historia ostatnich lat życia rodziny Goebbelsów, przedstawiona z perspektywy Käthe Hübner, która między 1943 a 1945 rokiem była opiekunką trojga najstarszych z szóstki dzieci Magdy i Josepha Goebbelsów.

Sięgając po ten tytuł oczekiwałam wnikliwej i analitycznej opowieści na temat prywatnego życia jednych z najważniejszych ludzi w Trzeciej Rzeszy - Joseph Goebbels był Ministrem Propagandy Rzeszy i zarazem jednym z najpotężniejszych nazistów, a jego żonę Magdę uważano za nazistowską Pierwszą Damę. Niestety wspomnienia spisane na kartach książki dr Fohrmann są bardzo ogólne i prezentują raptem wycinek tego, czego chciałby dowiedzieć się czytelnik zainteresowany intymnym i codziennym życiem tej rodziny. Myślę, że mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że Käthe Hübner niewiele wiedziała o swoich pracodawcach Jej wspomnienia stanowią nieuporządkowany zbiór informacji, które udało jej się przypomnieć. Brak tu natomiast potwierdzeń dla jej słów przytoczonych z innych źródeł, dyskusji na temat opisywanych zjawisk, ukazania różnych możliwości odczytania danych zachowań. Wiele jest natomiast przypuszczeń oraz osobistych rozważań byłej guwernantki. Czytając niektóre fragmenty można także odnieść wrażenie, że pewne podane przez nią informacje wykluczają się lub stanowią zaprzeczenie tych wyjawionych wcześniej.

Jeśli traktować tę publikację poważnie, jak książkę popularyzującą wiedzę lub też stricte historyczną, to niestety ma ona ogromne braki, których tego typu pozycja nie powinna zawierać. Być może jednak Weźmiemy ze sobą dzieci będzie doskonałą lekturą wprowadzającą do poważniejszych publikacji z tego zakresu np. Goebbels. Dzienniki. Jedynymi naprawdę zauważalnymi atutami książki są archiwalne zdjęcia wykonane przed, jak i po śmierci rodziny Goebbelsów oraz przedruk artykułu dotyczącego procesu lekarza oskarżonego o udział w zabójstwie dzieci Goebbelsów. Warto też wspomnieć o tym, że książka jest świetnie wydana i ma stosunkowo niską cenę, tak więc jeśli ktoś oczekuje interesującej ale niezbyt szczegółowej i analitycznej lektury, spokojnie może sięgnąć po wspomnienia Käthe Hübner.
 
NA PLUS:
+ wydanie
+ fotografie
+ przedruk artykułu na końcu książki

NA MINUS:
- mało treści
- brak porządku w przytaczanych informacjach
- wiele zbędnych fragmentów
- wydaje się, że książka powstała trochę "na siłę"

OCENA: 3/6

AUTOR: Petra Fohrmann
Tytuł: Weźmiemy ze sobą dzieci. Ostatnie lata życia rodziny Goebbelsów
TŁUMACZENIE: Bartosz Nowacki
WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka 2015
GATUNEK: Historyczna/Lit. faktu
LICZBA STRON: 144
CENA: 29,90 zł

RECENZJA ZOSTAŁA OPUBLIKOWANA NA PORTALU DUŻEKA.

29 czerwca 2015

Robert J. Szmidt - Szczury Wrocławia. Chaos

Kto nie słyszał o książce Szczury Wrocławia autorstwa Roberta J. Szmidta? No właśnie... Powieść polskiego pisarza fantastyki może stanowić encyklopedyczny przykład wspaniałej marketingowej kooperacji autora i wydawnictwa. Świetna kampania internetowa połączona z portalami społecznościowymi oraz wysypem billboardów w kilku największych miastach Polski plus temat, który obecnie jest modny i voilà! Otrzymujemy książkę, której nie mogą doczekać się nawet Ci, którzy myślą, że zombie to termin dentystyczny.

Szczury Wrocławia to nie jedyna polska apokalipsa zombie, ale z pewnością jedna z najlepiej wypromowanych. Z czystym sumieniem można też stwierdzić, że nie jest to najlepsza ze wszystkich książek o umarlakach ale z pewnością należy do takiej grupy. I choć początkowo bałam się, że treść będzie składać się jedynie z nazwisk ludzi, którzy na facebooku wyrazili chęć zginięcia na jej kartach to z czasem obawa ta ustąpiła czystej przyjemności wynikającej z lektury naprawdę dobrze poprowadzonej fabuły.

Akcja powieści rozgrywa się we Wrocławiu w 1963 roku. Właśnie wtedy, w sierpniu, miała miejsce ostatnia w Polsce epidemia ospy prawdziwej. Autor zapożyczył te wydarzenia i zmienił je w pandemię zupełnie innego, bardziej przerażającego rodzaju. W izolatorium na Psim Polu dochodzi do bardzo dziwnego zdarzenia. Przerażeni milicjanci pilnujący tamtego terenu alarmują władze, że odmienieni pacjenci atakują przebywających w ośrodku chorych, personel i ich samych. Do izolatorium zostają wysłane oddziały KBW oraz ZOMO. Dużej grupie odmieńców udaje się jednak oddalić. Wkrótce okazuje się, że miasto i jego mieszkańcy są bezbronni wobec nowej krwiożerczej zarazy.

Autor postanowił zrezygnować z postaci głównego bohatera na rzecz większej grupy postaci, które mają spory wkład w rozwój akcji. Początkowo sądziłam, że będzie to wada tej historii, jednak wraz z zagłębianiem się w kolejne rozdziały zaczęłam nabierać przekonania, że właśnie w tej powieści taki zabieg jest całkowicie na miejscu. Oczywiście w natłoku nazwisk można się nieco pogubić, jednak Szmidt wybrnął z tego obronną ręką, gdyż w miarę płynny sposób prowadzenia narracji skutecznie skupia uwagę czytelnika na fabule. Trudno jest nie dostrzec, że wybór realiów PRL-u sprawił, że łatwo było wkomponować w treści ogromną liczbę nazwisk. Pozwoliło to także na uzasadnienie ich częstego powtarzania i odmieniania. Nie można zatem odmówić autorowi pomysłowości. I choć zrezygnował on całkowicie z próby wyjaśnienia genezy morderczej plagi masakrującej Wrocław to jednak sprytnie zapełnił karty swojej powieści mnogością wydarzeń – o czym najlepiej świadczy fakt, że Szczury Wrocławia przeczytałam od deski do deski, nie pomijając nawet najmniejszego opisu (co niestety zdarza mi się, kiedy książka zawiera dłużyzny).

Mój największy zarzut to brak głębszych treści. Prawdopodobnie Szczury Wrocławia nie miały być książką poważną (nie oszukujmy się, rzadko kto traktuje temat zombie tak pompatycznie, jak np. ja) ale momentami wydawała mi się trochę zbyt komiczna. Zaburzone zostały proporcje między fragmentami opisującymi typowe sceny gore a opisami mającymi napędzać akcję. Prawdą jest, że co chwila coś się dzieje, ale zawsze wtedy pojawia się też jakaś ręka, noga tudzież mózg na ścianie. Jak dla mnie autor odsłonił po prostu zbyt wiele, już na samym początku kumulując obfitość krwawych scen. Przez to, choć podczas lektury zainteresowanie mnie nie opuszczało, już w połowie przestałam odczuwać strach. Zbyt wiele tu dosłowności, dosadności, a zbyt mało tego co przeraża najbardziej bo jest jedynie oczekiwane ale niekoniecznie zastane...

Po mimo tego mankamentu Szczury Wrocławia to naprawdę świetna powieść, w której autor, choć nie uniknął odrobiny kiczu to jednak udźwignął go,  zaprzyjaźnił się z nim i co więcej, przekonał do niego setki czytelników. A jeśli nie uczyni go głównym bohaterem drugiego tomu to może się okazać, że ten cykl wejdzie do kanonu lektur zombijnych.

NA PLUS:
+ pomysł
+ kampania reklamowa
+ mnogość bohaterów
+ świetnie odwzorowane polskie realia PRL-u

NA MINUS:
- zbyt dużo gore
- początkowy chaos wynikający z natłoku bohaterów

OCENA: 5/6

Autor: Robert J. Szmidt
Tytuł: Szczury Wrocławia. Chaos
Cykl: Szczury Wrocławia t. I
Wydawnictwo: Insignis 2015
Gatunek: Horror/Fantastyka
Liczba stron: 544
Cena: 39,90 zł

RECENZJA ZOSTAŁA OPUBLIKOWANA NA PORTALU SECRETUM.

23 czerwca 2015

Robert J. Szmidt - Samotność Anioła Zagłady. Adam

Myślałam, że nie znajdę bardziej kameralnej książki niż Marsjanin Andy’ego Weira, ale sięgnęłam po Samotność Anioła Zagłady Roberta J. Szmidta i musiałam zweryfikować tę opinię. Postapokaliptyczna powieść polskiego autora to przedstawienie, w którym gra dosłownie kilku aktorów. Trudną sztuką jest napisanie intymnej historii jednego bohatera, tak by czytelnik nie uległ znużeniu. Tak Weirowi, jak i Szmidtowi się to udało. Nie będę jednak ukrywać, że amerykańskiemu autorowi poszło nieco lepiej niż rodzimemu, choć do obu powieści mam zastrzeżenia.

Samotność Anioła Zagłady. Adam opowiada o dramatycznej i obfitującej w wiele trudnych sytuacji podróży mężczyzny-wybrańca. Adam Sawyer był żołnierzem, którego zadaniem było chronienie Ameryki przed wojną atomową. Jednak w skutek pewnych zdarzeń, które autor wyjaśnia w dalszych częściach książki, Adam przyczynia się do całkowitej zagłady ludzi na Ziemi. Tym samym staje się jednym z uczestników tajnego projektu Arka, którego celem jest ponowne zaludnienie dawnej Zielonej Planety. Błąd systemu sprawia, że bohater budzi się ze snu kriogenicznego zbyt wcześnie. Aby uratować swoje życie musi wyruszyć do odległego centrum Arki. Stany Zjednoczone nie wyglądają już tak samo. Ziemia stała się okrutna i niebezpieczna. Książka jest nie tylko opisem drogi, jaką mężczyzna musi przebyć, jest także próbą wniknięcia w głąb duszy człowieka, którego samotność popycha w ramiona szaleństwa.

Powieść rozpoczyna się rewelacyjnie. Mocne wejście w historię daje potężnego emocjonalnego kopa, który nakręca czytelnika, ale jest to o tyle ryzykowne, że ten może oczekiwać takich samych emocji podczas dalszego zagłębiania się w lekturę, a bądźmy szczerzy… niesamowicie trudno jest non stop dawkować czytelnikom fabularne elektrowstrząsy. Zawsze nadchodzi ten moment, kiedy w treści wyraźnie zaznaczone zostają fragmenty mające dać oddech. Samotność takich wyraźnych fragmentów nie zawiera, czym zaskakuje. Jednak w dalszym rozrachunku stanowi to wadę tej opowieści bowiem, kiedy bohater rozpoczyna swoją podróż, odbiorca przestawia się w tryb pełnego napięcia oczekiwania i w zasadzie, jeśli mu się to ostatecznie nie znudzi, stan ten może mu towarzyszyć praktycznie do ostatnich stron, ponieważ dopiero tam autor serwuje kolejny emocjonalny wstrząs. Środkową część tej historii stanowią opisy przemieszczania się z punktu A do punktu B itd. Niewiele można tu także znaleźć udanych prób wniknięcia w psychikę bohatera. Niestety jego dylematy moralne oraz próby radzenia sobie z ogromnym przecież stresem wydały mi się mało wiarygodne. Adam nie jest też bohaterem wyrazistym. Trochę taki człowiek podobny do nikogo. Bohater Marsjanina to przezabawny i niebezpiecznie inteligentny młody mężczyzna, o Adamie pomimo towarzyszenia mu przez tyle czasu, jestem w stanie napisać jedynie tyle, że jest zdeterminowany.

Autor jest jednak niesamowicie utalentowany. Powieść ratuje świetna narracja. Pomimo tego, że na kartach Samotności nie dzieje się tak dużo, jakby czytelnik mógł oczekiwać, to jednak sprytnie rozpisana treść ciągle sugeruje, że za chwilę coś się wydarzy. Robert Szmidt wodzi nas za nos i prowadzi od jednego zakrętu do drugiego, a my wciąż i wciąż oczekujemy, a nawet wierzymy w to, że za kolejnym zdarzy się coś niesamowitego. Najlepiej prezentuje się jednak opowiadanie, które jest swoistą zapowiedzią tomu drugiego. Ewa może okazać się ciekawą kontynuacją.

To naprawdę budujące, że nasi rodzimi pisarze biorą się za postapo. Szmidt ma genialny, lekki i przystępny styl. Może Samotność nie jest powieścią genialną, ale posiada pewien urok i ogromny potencjał. Warto przeczytać, by móc wyrobić sobie własną opinię o polskiej postapokalipsie.

NA PLUS:
+ narracja
+ pomysł
+ ciekawa zapowiedź kontynuacji

NA MINUS:
- bohater
- brak charakterystycznych wydarzeń
- brak zagłębiania się w psychikę bohatera
- wątpliwe rozważania egzystencjalne

OCENA: 4/6

Tytuł: Samotność Anioła Zagłady. Adam
Autor: Robert J. Szmidt
Redaktor: Błażej Kemnitz
Wydawca: Rebis 2015
Cykl: Horyzonty zdarzeń
Liczba stron: 296
Cena: 32,90


RECENZJA ZOSTAŁA OPUBLIKOWANA NA PORTALU PARADOKS.

09 czerwca 2015

Max Kidruk - Bot

Bot jest pierwszą książka Maksyma Kidruka, która ukazała się na polskim rynku wydawniczym. Był to literacki strzał w dziesiątkę, bowiem lektura prezentuje zaniedbany w naszym kraju gatunek, czyli technothriller. Z pewnością jego miłośników nie brakuje, natomiast niewiele jest godnych polecenia publikacji, które ukazały się w polskim przekładzie. Zresztą polscy pisarze również unikają takich tematów. Zresztą nie bez przyczyny: aby móc wypowiadać się w tematach dotyczących nowoczesnych technologii, trzeba mieć o nich choć minimalne pojęcie, a nawet i to nie wystarczy. Należy jeszcze umieć przełożyć skomplikowane teorie na prosty język, który dotrze do masowej wyobraźni. Kidrukowi się to udało. Jego powieść jest nie tylko interesująca, ale także przerażająca. A mój początkowy sceptycyzm bardzo szybko ustąpił miejsca fascynacji historią młodego programisty gier komputerowych, który nieświadomie przyczynił się do powstania pewnych tajemniczych i niebezpiecznych istot…

Tymur Korszak jest zdolny i odnosi względne sukcesy zawodowe. Kiedy jednak otrzymuje pewne dziwne ale bardzo opłacalne zlecenie podejmuje się go praktycznie bez zastanowienia. W rodzinnym kraju zostawia zrozpaczoną narzeczoną i wyjeżdża do Chile, aby naprawić błędy w botach, które skonstruował kilka lat temu dla pewnego klienta z Ameryki Południowej. Właśnie tam, w tajnym laboratorium na pustyni Atakama rozegra się największy dramat jego życia. To, z czym przyjdzie się zmierzyć grupie ekspertów zebranych z najróżniejszych zakątków świata, okaże się być najgorszym koszmarem. Bowiem jak podjąć walkę z istotami do złudzenia przypominającymi 12-letnich chłopców? Niewinnie wyglądające dzieci są niesamowicie silne, zdolne wytrzymać ekstremalne warunki i wygląda na to, że nie mają dobrych zamiarów. Kilku malców ucieka z ośrodka badawczego i zaczyna niepokoić miejscową ludność. Zadaniem Tymura jest odnalezienie błędu w systemie… Jednak co jeśli system wcale nie chce zostać naprawiony?

Autor stworzył naprawdę nietuzinkową fabułę, którą wypełnił bohaterami tak rzeczywistymi, że aż przerażającymi. Bardzo podoba mi się różnorodność postaci przepełnionych jednocześnie pierwiastkiem zła i dobra. Niewiele tu miejsca na jednoznaczne wartościowanie ich zachowań. Sprawia to, że łatwo się z nimi utożsamić, a co za tym idzie przeżywać to, co ich spotyka. Pomimo świetnie wykreowanych postaci, to właśnie wspomniana fabuła jest perłą książki. Akcja jest spójna i dynamiczna, delikatne przestoje w jej rozwoju dają czytelnikowi jedynie na chwilę odetchnąć, bynajmniej nie nudząc. Nie traktowałabym tej powieści jako moralitetu. Wydaje mi się, że autor nie miał zamiaru pouczać czytelnika na temat zagrożeń płynących z rozwoju technologii i biotechnologii, brakuje bowiem w treści charakterystycznej dla tego typu tematyki głębi i powagi. Kidruk chciał raczej przestraszyć odbiorców tym co nieznane, a zrobił to w brawurowy i zapewniający dobrą rozrywkę sposób.
 
Bot to książka, która aby została zrozumiana, musi trafić na odpowiedniego odbiorcę. Jak już wspomniałam, brakuje w niej pogłębienia tematu np. bioetyki, choć jest fragment, w którym autor spróbował podjąć ten wątek. Nie znaczy to jednak, że książka jest zła. Bynajmniej. Wszystko zależy od tego, jak czytelnik ją rozszyfruje. Ja chciałam by zapewniła mi chwile, podczas których nie będę mogła oderwać się od lektury. Pragnęłam by okazało się, że w książce nie będzie przerostu formy nad treścią, a tym bardziej treści nad formą. Autor zapanował nad swoim dziełem i obdarował je swoistą harmonią pomiędzy trudną fabułą, a prostym jej przekazem. Pożegnałam się z bohaterami powieści Kidruka już jakiś czas temu, a do tej pory pamiętam pewne fragmenty. W dzisiejszych czasach to sztuka niebywale trudna, aby któryś z setek pojawiających się na rynku tytułów zapamiętać na dłużej.

Na plus:
+ bohaterowie
+ wypełnienie niszy gatunkowej
+ wartka akcja

Na minus:
- trudny temat

OCENA: 5/6

Autor: Maksym Kidruk
Tytuł: Bot
Tłumacz: Julia Celer
Gatunek: Technothriller
Cykl: -
Liczba stron: 624
Wydawnictwo: Akurat 2014
Cena: 44,99 zł

Recenzja ukazała się również w GRABARZU.

06 maja 2015

Raymond Brenson - Dying Light.Aleja koszmarów

Zombie w owczej skórze, czy jakoś tak - czyli jak 'niezombie' podbiły zombijny świat 

Temat zombie błyskawicznie wypłynął na szerokie wody popkultury. Od dawna wiemy, że zombie są morderczymi potworami (Noc żywych trupów, Świt żywych trupów), niedawno odkryliśmy, że potrafią... kochać (Ciepłe ciała), a za jakiś czas przyjdzie nam zmierzyć się z emocjami, towarzyszącymi przemianie w jednego z nich (Maggie). Świat oszalał na punkcie komiksowych żywych trupów, które zostały przeniesione na ekran telewizyjny (The Walking Dead), czym wywołały jeszcze większe szaleństwo, a ich miłośników wciąż przybywa. Zombie są także popularnymi nemezis dla ocalałych bohaterów umierających światów wykreowanych w grach komputerowych. Jedną z takich gier, sprzedanych na całym świecie w milionowych nakładach jest Dying Light wydawnictwa Techland, a w ślad za nim ruszyło Zysk i S-ka Wydawnictwo, które kilka dni temu wypuściło na rynek literacki prequel gry, zatytułowany Dying Light. Aleja koszmarów. Na szczęście, aby cieszyć się lekturą nie trzeba znać fabuły gry, choć niezaprzeczalnie obydwa tytuły świetnie się uzupełniają.

Na potrzeby powieści wskrzeszono starożytne tureckie miasto Harran, które istnieje tu jako miasto-państwo, szykujące się do Światowych Igrzysk Lekkoatletycznych. Na kilka tygodni przez inauguracją tego wielkiego wydarzenia w mieście pojawiają się dziwne przypadki zachorowań oraz zaginięć. Pewien lekarz zaczyna wiązać ze sobą dziwne zachowania swoich pacjentów oraz niepokojące doniesienia, które napływają z biednej dzielnicy miasta. Próbuje ostrzegać władze przed zagrożeniem dla setek tysięcy turystów, którzy zjadą wkrótce do miasta, jednak ostrzeżenia te pozostaną niewysłuchane...

Mel Wyatt przyjechała do Harranu wraz z rodzicami i młodszym bratem. Nie spodziewała się, że udział w Igrzyskach oraz cała wycieczka do tego egzotycznego miasta stanie się koszmarem wypełnionym istotami, o których do tej pory mogła słyszeć jedynie w filmach grozy. Dziewczyna będzie starała się odszukać swojego zaginionego brata, a jeśli przy okazji uda jej się także znaleźć pozostawione gdzieś w mieście lekarstwo, być może uratuje także swoje człowieczeństwo...



Aleja koszmarów to tytuł, który zadowolił moją dziwaczną potrzebę po obcowania z zombiakami, ale także nieco mnie rozczarował. Dwa główne zarzuty względem lektury dotyczą rozwiązań fabularnych, bowiem po pierwsze zombie w tej książce to nie zombie (albo zombie bardzo... nietypowe) i aby poprzeć moje słowa posłużę się cytatem z 49 strony owej lektury: 

"Z początku ludzie sądzili, że Zarażeni są czymś na kształt filmowych zombie, nieumarłych, którzy wrócili do życia by jeść żywych. Teoria ta została obalona, gdyż Zarażonego można było zabić, a gdy został zabity, już nie wstawał."

Potwory z Alei koszmarów przypominają bardziej te z filmu 28 Dni później. Nie spodobało mi się także to, że bohaterką tej książki jest naiwnie myśląca nastolatka, której losy mogą nie zainteresować starszego czytelnika. Natomiast ogromnym plusem jest na pewno problem z jakim musi się zmierzyć dziewczyna. Mel nie jest zwykłą bohaterką, która stara się przeżyć. Jej podróż ma określony cel, którym nie jest jedynie znalezienie bezpiecznego miejsca, w którym będzie mogła poczekać na ewentualny ratunek. Poniekąd książka ta stanowi przedsmak tego, co chcą (przynajmniej tak można wnosić po obejrzeniu trailera) ukazać twórcy wspomnianego już przeze mnie, zapowiadanego na 22 kwietnia (świat), filmu Maggie. Z premedytacją użyłam tu słowa przedsmak, bowiem autor książki Raymond Benson, potraktował temat przemiany zdrowej istoty w Zarażonego dość pobieżnie, choć to w nim znajdujemy główną oś powieści. Jednak w Alei koszmarów jest to jedynie czynnik popychający akcję do przodu, nie stanowi natomiast przyczynku do tego, by głębiej zastanowić się nad tym, coraz częściej podejmowanym przez media (np. w filmach krótkometrażowych) problemem. Nie jest to jednak wada książki, gdyż sięgając po książkę Bensona nie spodziewałam się intelektualnych rozpraw na tematy egzystencjalne, a jedynie dobrej rozrywki, którą zapewnia!
 


Wspominając o autorze książki nie sposób pominąć jego ogromny wkład w rozwój postaci Jamesa Bonda oraz przyswajanie miłośnikom literatury fabuł innych gier komputerowych, po które przecież nie każdy sięga tak chętnie. Zasiadając do lektury Alei koszmarów, można więc być pewnym, że za tę robotę odpowiada naprawdę odpowiednia osoba. Dying Light. Aleja koszmarów to dobra i solidna powieść, która potrafi zatrzymać bicie serca. Na szczęście tylko na chwilę.

Recenzja została opublikowana na portalu RZECZGUSTU.

15 kwietnia 2015

John Lutz - Łowca

Łowca to czwarty tom cyklu o Franku Quinnie. Za publikację tej kryminalnej serii w Polsce odpowiada wydawnictwo Prószyński i S-ka, które niestety wydaje poszczególne jej części nie po kolei. Im więcej książek Johna Lutza czytam, tym bardziej przekonuje się do jego stylu. Coraz bardziej zaczyna mi także doskwierać fakt, że swoją przygodę z Frankiem Quinnem i jego zabójczo skuteczną drużyną zaczęłam od środka, a nawet od końca...

Czytelnicy nieznający jeszcze twórczości tego autora mają jednak szansę przeczytać całość w dobrej kolejności (prawie), a przynajmniej od początku, czyli powieści Mrok. Zaś ja po zapoznaniu się z tomem pierwszym i drugim, musiałam sięgnąć po czwarty, bowiem trzeciego jeszcze nie ma... (ale będzie). Wspomniany już wcześniej Łowca, jest według mnie najsłabszą jak dotąd częścią serii, choć jest to raczej wątpliwa zasługa skomplikowanego i zbyt enigmatycznego rozwiązania. Faktem jest, że wszystkie książki miały dość tajemnicze zakończenia i zazwyczaj żywiłam przekonanie, że coś zostało niedopowiedziane, ale w tym konkretnym przypadku autor, po prostu zbytnio przekombinował.

Nowym Jorkiem wstrząsa kolejna fala zbrodni. Od kul z małokalibrowej broni giną mężczyźni, a potraktowane jak łowieckie trofea ciała kobiet są odnajdowane w różnych częściach miasta. Czyżby w mieście pojawiło się dwóch seryjnych morderców? A może obydwie serie zabójstw są ze sobą powiązane? Detektyw Frank Quinn ruszy w pogoń za potworem, który jest łowcą w każdym calu. Może się jednak okazać, że schwytanie go wcale nie zakończy krwawych miejskich żniw.

Autor sprytnie podsuwa czytelnikowi tropy, choć niejednokrotnie są to błędne ślady, które wcale nie przybliżają do odkrycia tajemnicy dochodzenia. Dzięki temu, do ostatnich stron nie wiadomo kto zabija. Podoba mi się także to, że choć w standardowych już dla tej serii retrospekcjach autor wydaje się wskazywać na przeszłość mordercy, to i w nich często można natrafić na niespodzianki. Zdarza się bowiem, że choć wspomnienia traumatycznych przeżyć wskazują na to, że przeżywa je ten, kogo Quinn usiłuje schwytać, to finalnie okazuje się, że jest to historia człowieka jedynie wplątanego w śledztwo.

Powolutku zaczynam doceniać misterność z jaką Lutz tworzy historie swoich bohaterów. Ich losy bywają bardzo przewrotne. Dokładnie tak jest w tym przypadku. Choć, wydaje mi się, że tym razem zabrakło tu równowagi i chęć zaskoczenia czytelnika przysłoniła logikę fabularną. Jestem jednak pewna, że i tak książka ta zostanie doceniona przez miłośników Johna Lutza oraz detektywa Franka Quinna. Z pewnością warto po nią sięgnąć, gdyż mimo wszystko stanowi dobrą kontynuację pierwszych tomów. Pozostaje mi teraz poczekać na trzeci tom pod tytułem Bez śladu, który ma się ukazać pod koniec maja.

Na plus:
+ bohaterowie znani z poprzednich części cyklu
+ lekkie pióro
+ ślepe uliczki i mylne tropy, które podsycają napięcie

Na minus:
- historia opowiedziana w retrospekcjach jest gorsza od tych w poprzednich powieściach
- poszczególne części cyklu są wydawane w nieodpowiedniej kolejności
- przekombinowania fabularne

Ocena: 3+/6

Autor: John Lutz
Tytuł: Łowca
Tłumacz: Bartosz Kurowski
Gatunek: Kryminał
Cykl: John Lutz tom IV
Liczba stron: 440
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2014
Cena: 35,00 zł
 
Recenzja została opublikowana na portalu PARADOKS.